Następnego dnia wyruszyliśmy na zwiedzanie. Po drodze jednak stanęliśmy na mega wielkiej i ruchliwej ulicy – samochód odmówił posłuszeństwa. Po pół godziny kombinowania z naprawą silnika okazało się, że… zwyczajnie skończyła się benzyna!;) A co do ulic w Bogocie, to trzeba przyznać, że jest bardzo dobrze rozwinięty ich system. Wszędzie dojedzie się czymś w rodzaju autostrady – szybko, wygodnie i do każdego punktu w mieście. Mimo to miasto ma gigantyczny problem z ruchem, do tego stopnia, że w zależności od numeru tablic, nie można korzystać z samochodu przez 2 dni w tygodniu! A i tak jest natłok auto – niezależnie od dnia tygodnia, wliczając weekendy.
Po zatankowaniu pojechaliśmy na wzgórze Moserate – chyba coś w rodzaju Częstochowy, bo sporo ludzi było, pełno sklepików z pamiątkami i różnych dowodów wdzięczności za wysłuchane modlitwy.
Niestety z góry nie dało się za bardzo obserwować miasta, bo strasznie się zachmurzyło, a wręcz padało:( Na szczęście miałem jeszcze okazję podziwiać Bogotę z góry, o czym jednak później.
Z Monserate ruszyliśmy na starówkę, która jest niczego sobie – nie ma w niej nic szczególnego, ale jest całkiem fajna. To, co podobało mi się w niej najbardziej, to balkony, które są bardzo ozdobione, barierki rzeźbione, a całość chroniona jest zazwyczaj zadaszeniem.
Przy okazji trafiliśmy do galerii artysty, który ukochał sobie pokaźne kształty. Sandra o nim mówiła wcześniej i uznaliśmy, że to Rubens, tylko pod hiszpańską nazwą, ale okazało się, że człowiek nadal żyje i tworzy w Miami. I rzeczywiście lubi duże rozmiary.
Na koniec jeszcze Placa de Bolivar – coś w rodzaju rynku i kilka budynków państwowych. Ciekawe jest to, że kiedy chce się przejść obok pałacu prezydenckiego, żołnierze przeszukują torby (w marketach i centrach handlowych jest to norma) – chyba jeszcze partyzantka ma trochę mocy… Kiedy spyta się tych samych żołnierzy, czy można robić zdjęcia, to odpowiadają, że generalnie nie, ale nie mają dobrego wzroku, więc jak ktoś dyskretnie i szybko strzeli fotkę, to nie zauważą – tak też robiliśmy:) Widać sytuacja się poprawia w kraju, bo jeszcze kilka miesięcy temu zdjęcia nie wchodziły w grę, a parę lat temu wszystkie ulice wokół pałacu były zamknięte dla zwykłych obywateli.
Tak zakończył się pierwszy dzień zwiedzania i nastał wieczór, z kolejnym spotkaniem z ludźmi z Dorney Parku. I znów było rewelacyjnie! Popiliśmy, pogadaliśmy, powspominaliśmy, pośmialiśmy się… Przy okazji jeden ze znajomych, Luis, zapowiedział się w Polsce. I raczej nie była to zapowiedź z uprzejmości, bo kiedy on coś mówi, to raczej to robi. Najpierw chce jednak zrobić coś w rodzaju mojej, objazdowej wycieczki po Ameryce Południowej, a potem nazbierać trochę kasy i zobaczyć Europę. Myślę, że może mu się to już udać w przyszłym roku, może w 2011.
A po spotkaniu poszliśmy jeszcze na nocne zwiedzanie tzw. Zony T – całej dzielnicy z klubami, pabami, itp. Czegoś takiego w życiu nie widziałem – tłumy na ulicach, korki, zewsząd muzyka. Tyle bawiących się osób na ulicy widziałem tylko raz w życiu – na Loveparade. Środek nocy, Bogota, a człowiek czuje się bezpiecznie, bo ludzie super, policja pilnuje porządku, a w dodatku w budynkach najprawdopodobniej ochraniarze, bo wszędzie sklepy typy Gucci, Dolce&Gabbana… Kiedy już wracaliśmy do domu, do Sandry zadzwonił znajomy, że chciałby się spotkać. Nie mógł jednak znaleźć wolnego miejsca do zaparkowania, więc wybraliśmy na kolejne wzgórze, gdzie też było pełno imprezowiczów i skąd roztaczał się przecudny widok miasta nocą:
Do domu wróciliśmy w okolicach 3 nad ranem, ale imprezom nie było końca, bo pan Gilberto miał 3 dni wcześniej urodziny i zorganizował domówkę, która skończyła się o 6 nad ranem – Kolumbijczycy jednak mają imprezę we krwi;)
Jako, że i dzień i noc były długie, w niedzielę wstaliśmy baaaardzo późno. Ale nie było leniuchowania, tylko wybraliśmy się za miasto do solnej katedry, znajdującej się w ciągle czynnej kopalni. Super to wszystko wygląda – chyba muszę się w końcu wybrać do Wieliczki i zobaczyć jak to wygląda w Polsce. Świetne było też to, że oprócz chodzenia po kopalni, na koniec ogląda się film 3D (w kinie 700m pod ziemią!) o tym, jak powstały złoża soli w tym miejscu, jak przebiegało wydobycie w przeszłości i jakich metod używa się obecnie. Bardzo fajnie wszystko zorganizowane.
Bogota była moim ostatnim punktem w Ameryce Południowe. W ciągu ostatnich pięciu i pół tygodnia odwiedziłem 8 krajów, kilkanaście metropolii, miast i miejscowości, przebywając ponad 20 000km. Jutro mam samolot do Alicante w Hiszpanii i dalszą część podróży, z kolejnymi 10 000km. Z jednej strony się cieszę, że już wracam, ale z drugiej mógłbym tu jeszcze siedzieć i siedzieć! Był to chyba najlepszy wyjazd w życiu (chyba, bo Stany też były rewelacyjne) i bardzo się cieszę, że się zdecydowałem tutaj przyjechać. Zakochałem się w tym kontynencie i zupełnie nie rozumiem, dlaczego ludzie tutaj prawie w ogóle nie jeżdżą (wiem, że to sporo kosztuje, ale część decydujących się na np. Azję mogłaby zmienić kierunek podróży). Dowiedziałem się mnóstwo o kulturze Inków, historii tej części świata, zrozumiałem skąd wynikają problemy tutejszych krajów, poznałem rewelacyjnych ludzi, widziałem przepiękne krajobrazy i miejscowości, odwiedziłem znajomych… Czego chcieć więcej?! Jednej tylko rzeczy – więcej czasu! Już zaczynam planować powrót i jeśli się uda, to chciałbym wrócić do Ameryki (nauczyłem się, że Ameryka to nie tylko USA) już w 2011 roku i tym razem nie podróżować się w tak morderczym tempie, tylko spędzić więcej czasu w Argentynie, Ekwadorze, Kolumbii i Boliwii, w której niestety nie byłem, a o której wszyscy napotkani ludzie wyrażali się niezwykle pozytywnie. Ale póki co, czas wracać do Europy…

Milo popatrzec :P
OdpowiedzUsuńNo i pewnie do Europy chce Ardila przyjechac, no ale nie wiem czy mozna mu tak wierzyc....hehehhe. He is crazy!!!