niedziela, 8 marca 2009

Niespodzianki miłe i niemiła

Po wizycie w Machu Picchu odebrały mnie z dworca znajome Gustavo, który studiował w Warszawie. Na początku nie wiedziałem czy nie lepiej byłoby zostać w hostelu, ale jak się okazało, Peruwiańczycy są bardzo gościnni:) Cała rodzina z Cusco składała się z samych pań, z których jedna oprowadziła mnie w dniu wyjazdu do Limy po mieście. Wszystkie natomiast były przemiłe i aż dziwnie się czułem, kiedy chciałem w czymkolwiek pomóc, ale kazały mi siedzieć i wszystko przygotowywały same.







Kiedy wsiadłem do autobusu, od razu zacząłem rozmowę z dziewczyną, która siedziała obok. Powiedziała, że jest z Philadelphii, ale kiedy powiedziałem jej, że pracowałem w Allentown (1,5h od Philii), sprecyzowała swoje pochodzenie do tego właśnie miasta! Okazało się, że mieszka w odległości 100 m od parku rozrywki, w którym pracowałem! Podobnie jak ja udaje się do Kolumbii i tam umówiliśmy się na browara;) Świat jest jednak mały…



W samej Limie też wszystko poszło gładko – kiedy przyjechałem, Gustavo z rodzicami na mnie czekał i od razu pojechaliśmy do domu na obiad. Niestety czułem się troszkę dziwnie jedząc, bo widziałem, że w kuchni, a nie z nami w salonie, oddzielnie je jakaś pani – okazało się, że to ktoś w rodzaju pomocy domowej/służącej. Strasznie mi głupio było, że ona je oddzielnie, sprząta po nas, itd. Zakumplowałem się z jej synem, który niestety, jak to u dzieci bywa, trochę niewyraźnie mówi, a do tego po hiszpańsku, więc dogadywaliśmy się głównie w języku migowym;)



Zwiedzanie zaczęło się jednak dnia następnego. Najpierw ruszyliśmy na parlament I pałac prezydencki – fajnie, że można je zwiedzać bez zapowiedzi i organizowania grupy, jak w Polsce. W pałacu spotkała mnie kolejna niespodzianka – spotkaliśmy parę z Polski! I najśmieszniejsze jest, że to nie ja ich, czy oni mnie rozpoznali, ale oni Gustavo, który miał na sobie koszulkę z napisem „Warszawa”. Troszkę zakręceni byli, ale nie dziwie się, bo spokojni ludzie nie biorą ślubu w środku ekwadorskiej dżungli na 2 dni przed przyjazdem do Limy – a oni tak właśnie zrobili…





Następnie odwiedziliśmy pana Fracisco Pizarro, który założył Limę i spoczywa w sarkofagu tutejszej katedry.





A kiedy się już z nim zapoznaliśmy, poszliśmy do muzeum obejrzeć w jaki sposób ów Pizarro torturował ludzi, którzy nie chcieli, aby Hiszpania władała Ameryką Południową.





Następnie oglądnęliśmy groby tych torturowanych – niesamowite są, bo cmentarze dawnej Limy znajdowały się wyłącznie pod kościołami, a kości nie leżą jako całe szkielety, tylko każdy typ w oddzielnym sarkofagu (np. kości udowe, żebra, czaszki, itd.).

Po zapoznaniu się z przeszłością, pobiegliśmy zrobić przegląd współczesnej armii. Nie wiem jak spisuje się w walce, ale jeśli chodzi o wygląd, to prezentuje się całkiem dobrze;)





Biegnąc do domu na obiad, niechcący natknęliśmy się jeszcze na festiwal tańców ludowych, więc śmigały mi przed oczami sombrera i kolorowe suknie.









Zjedliśmy obiadek i nie było chwili na wytchnienie, tylko pobiegliśmy po koleżankę Gustavo i pojechaliśmy gdzieś, gdzie miałem stać się mokry. Okazało się, że jest to jedno z najfajniejszych miejsc, w jakich byłem – fontanny, do których można wchodzić, biegać po nich, w nich, oglądać na nich filmy lub po prostu podziwiać.















No i jak przystało na dzień niespodzianek, przytrafiła się kolejna. Okazało się, że Lucia rozmawia bardzo dobrze po niemiecku, bo chodziła do niemieckiej szkoły. Ale to żadne zaskoczenie było w porównaniu do tego, kiedy powiedziała, że jej tata potrafi mówić po Polsku! Pomyślałem sobie „ściemnia. Nie ma Peruwiańczyków mówiących po Polsku!”. Okazało się, że jednak są, bo pojechaliśmy do jej domu i przegadałem z panem tatą chyba 1,5h:D Interesująca sprawa – rozmawiać z Peruwiańczykiem po polsku w Peru, w jego domu. A pan znał polski, bo najpierw poznał polskich rybaków pracujących w Peru, potem postarał się o stypendium i zrobił magisterkę w Szczecinie, a następnie doktorat o transporcie truskawek na SGGW w Warszawie. Jak ktoś jest dobry z matmy, niech policzy prawdopodobieństwo takiego spotkania i mnie poinformuje o wyniku;) Może w Lotto powinienem zagrać?

Drugi miał się jednak okazać nie mniej interesujący. Rano pojechaliśmy nad Ocean Spokojny, na plażę 50 km od Limy. W trakcie podróży dowiedziałem się interesującej rzeczy – w Limie, która ma 9 mln mieszkańców nie istnieje coś takiego jak transport publiczny! Czaicie?! Jeżdżą tylko malutkie busiki, które zatrzymują się co chwilę, wyskakuję z nich facet i nagania ludzi. Cenę biletu się negocjuje, o trasę się za każdym razem pyta… Jeśli jesteś z Peruwiańczykiem jest to całkiem zabawne, ale gdybym był tu sam, to bym się chyba rozpłakał i chodził wszędzie pieszo.





Jako że rodzina Gustavo jest bardzo religijna, wieczorem nie wypadało mi odmówić pójścia do kościoła, gdzie poznałem parę osób, z których jedna zaoferowała się, że możemy pojechać zobaczyć miasto wieczorem. Arturo był bardzo sympatyczny i miły, ale niestety bałem się trochę kiedy prowadził – chyba dopiero niedawno zdał egzamin na prawko i dopiero uczy się sztuki. No ale dojechaliśmy do centrum, gdzie doznałem szoku – cofnąłem się w czasie o kilka miesięcy i przeniosłem o kilka tysięcy kilometrów na północ (szkoda tylko, że nie było wszędzie sklepów z tanimi ciuchami):



Chłopaki spytali się, czy chcę spróbować tutejszego piwa, ale nie miałem ochoty, a poza tym skosztowałem już trochę w Arequipie. Oni jednak nalegali, wiec wypiliśmy po 0,3l. Następnie mieliśmy jechać do kolejnej dzielnicy, ale kiedy tylko wjechaliśmy na główną trasę (3 min. po wypiciu piwa), zatrzymała nas policja:( No i się zaczęło. Po pierwsze Arturo nie mógł znaleźć wszystkich dokumentów. Po drugie balonik zaświecił się na czerwono, a nie zielono, jak powinien. Po trzecie, kiedy policjanci kazali zjechać na bok, okazało się, że Arturo włączył jakoś alarm i nie potrafi go wyłączyć, więc wyglądaliśmy jak trzech głupków w migającym i wyjącym samochodzie. Na szczęście dokumenty się znalazły, więc nie byliśmy już podejrzani o kradzież. Na wszelki wypadek zebraliśmy wszystkie pieniądze jakie mieliśmy i uzbieraliśmy… 28 soli (35 zł) i 1 (jednego) dolara. Myślę sobie „No to mamy łapówkę… Mam nadzieję, że mnie wypuszczą z paki do odjazdu autobusu, jutro o 13.” Jak się okazało, taka kwota wystarczyła i balonik w oczach policjanta zaświecił się na zielono. Trzeba mieć pecha, żeby wypić prawie nic i 3 min. później zostać zatrzymanym do kontroli. Odjechaliśmy kawałek dalej, połaziliśmy po plaży ok. 30 min, żeby alkohol wyparował trochę z Artura (nie mieliśmy już przecież kasy na następną łapówkę) i wróciliśmy do domu.



A jutro czeka mnie najdłuższa podróż życia – jadę z Limy do Quito w Ekwadorze, a podróż trwa planowo 38h! Nie mam pojęcia jak to wytrzymam, ale będę musiał jakoś…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz