Szczerze powiedziawszy, to dostanie się na Majorkę (ok. 300km od Alicante) nie było wcale takie łatwe, bo Ryanair miał takie godziny odlotu, że mieliśmy do wyboru – marsz 15km w nocy, taxi za 30 Euro, albo noc na lotnisku. Zgadnijcie na co się zdecydowaliśmy;) Na szczęście nie była to pełna noc, bo znajomy Natalii nas podwiózł, ale nie zmienia to faktu, że wylądowaliśmy baaaardzo zmęczeni.
Na szczęście Majorka jest jednak rajem i Palma zaoferowała nam piękne widoki wschodzącego słońca. Twardo chcieliśmy iść zwiedzać, ale wytrwaliśmy tylko do katedry, bo nasze organizmy odmawiały posłuszeństwa:(
Postanowiliśmy nieco odpocząć. Nasz hostel znajdował się w miejscowości Port de Pollenca, na totalnym końcu wyspy (60km, hehe) i z drogi pamiętam tylko tyle, jak wyjeżdżaliśmy z dworca autobusowego i przystanek końcowy… A odnośnie komunikacji na Wyspie, to robi ona wrażenie. W samej Palmie mieszka ok. 400 tys. mieszkańców (na całej wyspie 850 tys.), ale nie przeszkadzało to w zbudowaniu parkingów podziemnych, tramwajów, autostrad, stworzeniu sieci autobusów miejskich i do każdej wioski, a także… Uwaga, uwaga: METRA!!!
Po kilku godzinach snu, wybraliśmy się na wieczorne zwiedzanie plaży (bo w Porcie de Pollenca raczej nic nie ma do zobaczenia) i znów się miło zaskoczyliśmy – piękna okolica, otoczona górami, plaża w zatoce, na brzegu nie ma wielkich hoteli… Jedyne czego jest dużo, to Niemcy! Jest ich tylu, że nie dziwie się, że nazywają Majorkę Malle i uważają za swój siedemnasty Bundesland;)
Po, nazwijmy to zwiedzaniu, przyszła pora na normalny, jak na ludzi przystało sen, ale znów pojawiły się problemy, bo Hiszpanie, durnie, nie wymyślili ogrzewania! A noce nie są na południu Europy wcale takie ciepłe. Powiedziałbym wręcz, że można nieźle zmarznąć! W pokoju w Alicante stoi grzejnik elektryczny, więc nie jest źle, ale na Majorce myślałem, że zamienię się w kostkę lodu!
Następnego dnia postanowiliśmy wyruszyć do miasta Alcudia położonego ok. 8-10 km od naszej wsi. Szliśmy sobie poboczem drogi i co chwilę mijali nas kolarze, od których co chwilę pobrzmiewało „-Hans, wie geht’s? –Alles gut Helmut, wir mussen scheller Fahrem!”;) Mijały nas na szczęście też piękne widoki zatoki, w której woda niestety była jeszcze zimniejsza, niż powietrze nocą.
Po drodze też był piękny budynek, który mógłby kiedyś być moim domem. Mógłby to być nawet dokładnie ten sam – na Majroce, nad brzegiem morza…
Po 3h udało nam się w końcu doczłapać do Alcudii, gdzie powitał nas zamek, a nieco dalej za zamkiem, znów piękne widoki i sporo (jak na tą porę roku) turystów.
Dla mnie miłą niespodzianką był lokal , który znaleźliśmy – nosił wdzięczną nazwę „Smugglers”, czyli taką samą jak budka, w której pracowałem w USA. Kilka dni temu widziałem się z ludźmi ze starego Smugglers, teraz znalazłem knajpę, więc na kolejne spotkanie mamy już lokal:D
Ostatniego dnia jeszcze chwila siedzenia w Port de Pollenca (niestety infrastruktura dla turystów jest czasem tak samo mało, jak cała miejscowość) i kolejne podejście do Palmy.
Znowu byliśmy zmęczeni, ale postanowiliśmy iść na zamek. Po drodze znaleźliśmy podrabianą Syrenkę warszawską, a sam zamek był mały, ale bardzo urokliwy – szkoda tylko, że kiedy tylko weszliśmy do środka, podszedł pan i powiedział „niestety zamykamy”.
Po zamku było już i ciemno i ciężko, postanowiliśmy więc jechać na lotnisko, gdzie czekała nas kolejna noc (znowu poranny lot).
Podsumowując, stwierdzam, że Majorka mi się bardzo podoba – wygląda jak oaza dobrobytu, piękna, zabawy, a wszystko to w jednym miejscu. Chętnie bym tam pojechał na dłużej, kiedy jest cieplej – niestety obawiam się, że nie tylko ja mam taki pomysł i w sezonie musi być tam bardzo tłoczno. Może będzie mi to dane zobaczyć, bo w trakcie pobytu w Palmie, Natalia umówiła się z facetem, który organizuje prace w hotelach, ponieważ chce jechać na wakacje do pracy, więc się przy okazji spytałem się, czy i dla mnie by może coś było, a on że możliwe. Zobaczymy. Póki co, dzisiaj się dowiedziałem na 100%, że znowu jadę na praktyki do Niemiec – od maja do końca lipca. Będę pracował w firmie transportowo-logistycznej, czyli to, co lubię, ale wadą jest to, że będę musiał dużo dojeżdżać:( Czyli do Polski wracam na miesiąc, potem 3 miesiące w Niemczech, następnie (jak się uda) miesiąc na Majorce, a potem może jakieś last-minute do Egiptu we wrześniu. Zapowiada się, że to będzie najbardziej podróżniczy rok w moim życiu. Ale planuje już kolejną wyprawę – niestety nie powiem co, bo jest to dość trudne do zrealizowania, ale jednocześnie fantastyczne. Ok., zdradzę – lot w kosmos:p

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz