poniedziałek, 2 marca 2009

Jezioro Titicaca

Nie wiem czy to pech, czy tak tutaj po prostu jest, ale Peru znów mnie zawiodło! Jak wspomniałem w poprzednim poście, jadąc do Puno, po około 2h zepsuł się autobus. Na początku nie wiedziałem o co chodzi, bo się przebudziłem przez jakąś kłótnię (obsługa autobusu nie chciała powiedzieć pasażerom dlaczego stoimy na środku niczego), ale po chwili wiedziałem już, że nie dojadę w planowanym czasie. Autobus zastępczy przyjechał po 3h, a kiedy do niego wsiedliśmy, po kolejnych 30 min. złapaliśmy gumę i kolejną godzinę opóźnienia.





Kiedy przejeżdżaliśmy przez miasto Juliaca i całą dalszą drogę do Puno byłem przerażony. Siedziałem w pierwszym rzędzie, a wszystkie auta oprócz autobusów jeździły bez świateł! (było już po zachodzie słońca). Dopiero w momencie, kiedy można było zobaczyć nadjeżdżający samochód, mrugał on światłami. Nie wiem czy oni próbują oszczędzać paliwo, żarówki, czy co innego. Kretyni! Para Amerykanów, którzy siedzieli obok była totalnie przerażona. Dziewczyna miała akurat swoje „najlepsze” urodziny i z radości zaczęła krzyczeć „What I’m doing in this fuckin Peru?!”. Ja sobie zadawałem to samo pytanie. Na dodatek kierowcy nie oszczędzają tu tylko na żarówkach, ale też na ogrzewaniu, więc przyjechałem do Puno dygoczący z zimna i ze sporą gorączką. Na szczęście garść tabletek zażytych na noc i z rana chyba pomogła, bo czuję się już lepiej.

Kolejny dzień oczywiście nie mógł obejść się bez niespodzianek. W Arequipie wykupiłem bilet na dalszą podróż, ale miałem go odebrać w Puno. Okazało się, że pod podanym adresem jest hostel, a nie agencja turystyczna, a numer do owej agencji nie istnieje. Zadzwoniłem do babki, która mi to sprzedała, ale nie dogadałem się zbytnio, bo tylko po hiszpańsku mówiła (jak sprzedawała, to znała też angielski!). Na szczęście pomógł mi właściciel hostelu i po 2h prób ktoś mi przyniósł bilet do hostelu. Czemu tylko w Peru takie rzeczy się dzieją?!
Po straceniu mnóstwa nerwów i czasu pobiegłem kupić bilet na pociąg do Machu Picchu (jedyna możliwość dotarcia, oprócz 4 dni marszu) i znów mnie nerw szarpnął, bo zapłaciłem prawie 400 zł. A do tego jest wstęp za 150 zł. Gwarantuje Wam, że nie wrócę z własnej woli do Peru!

Następnie pobiegłem do portu nad jeziorem Titicaca i popłynąłem na „pływające wyspy”. I po raz kolejny urzekła mnie kultura starych ludów indiańskich. Jedno z plemion, które nie chciało walczyć o ziemię, postanowiło zbudować wyspy na jeziorze. Robią wszystko z trzciny – od samych wysp, przez mieszkania, łodzie, kończąc na jedzeniu. Miałem okazję skosztować trzciny:) Niesamowite jest to, że ludzie nadal tradycyjnie żyją na tych wyspach, chociaż 5 km od nich jest stutysięczne miasto! Jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy kultywują tradycję swoich przodków.













Żeby nie było tak, że jest totalnie jak przed wiekami, powiem, że można tam znaleźć sklepy, hotel, malutką dyskotekę i szkołę. A propos szkoły, jej zdjęcie jest poniżej i ciekawe czy dostrzeżecie na nim coś bardzo znajomego;)



Jako, że przez poranne zamieszanie z biletem straciłem mnóstwo czasu, zwiedzanie samego miasta zostało mi na wieczór, ale na szczęście/nieszczęście było niewiele do zwiedzania – właściwie oprócz 2 kościołów nie ma nic ciekawego do zobaczenia.





Jutro rano ruszam do Cusco – przystanku w drodze do Machu Picchu. I powiem szczerze, że cieszę się, że południowoamerykańska część podróży zbliża się do końca, bo jestem już dosyć zmęczony praktycznie codzienną podróżą, zmianą miejsc, bezustannym byciem na nogach. No i zaczynam pomalutku tęsknić (za 3 dni mija miesiąc od wylotu z Warszawy). Gdybym nie był tutaj sam i miał gdzieś tydzień postoju, mógłbym jednak zostać dłużej!

1 komentarz: