niedziela, 1 marca 2009

Na końcu cywilizacji

Bardzo się bałem kolejnego przekraczania granicy, bo po pierwsze mnie to stresuje, a po drugie musiałem złapać w mieście Tacna jakiś autobus jadący do Arequipy. Najłatwiejszy sposób na przejazd do podejście do taksówki (tzw. collectivo), przy której czeka się na komplet i wtedy się jedzie (okazało się to naprawdę szybkie, wygodne i tanie). W przewodniku było napisane, żeby starać się jeździć samochodami chilijskimi, bo peruwiańskie nie są w zbyt dobrym stanie technicznym. Ale kiedy tylko zbliżyłem się do dworca, podbiegł do mnie pan i się spytał, czy do Peru chcę jechać. Powiedziałem, że tak, a on powiedział, że jest Peruwiańczykiem i jak się okazało, samochód rzeczywiście nie był w najlepszym stanie. Dosiadła się jeszcze do nas jakaś pani, która miała tyle bagaży, że nie mieściły się bagażniku, na tylnej półce za siedzeniami i na jej kolanach, więc z mała torbą ja jej pomagałem:) Biedny taksówkarz nadźwigał się jej toreb na granicy;) Przez pakowanie tych jej bagaży straciliśmy sporo czasu i taksówkarz chciał to nadrobić, więc pędził na złamanie karku, spoglądając tylko czasem na licznik, który musiał odkrywać, bo zasłonięty był jakąś szmatą, która leżała na desce rozdzielczej. Na szczęście różnica czasu między Chile a Peru to aż 2 godziny, więc w Peru byłem o tej samej godzinie, o której wyjechałem z Chile.



W samym Peru pomogli mi trochę dwaj chłopacy, z którymi jechałem collectivo (rewelacyjnie po angielsku rozmawiali!), bo powiedzieli mi na który dworzec iść najlepiej, jaką firmą jechać, żeby było dobrze i tanio. I bardzo dobrze, że mi pomogli, bo mogłem trafić na takiego przewoźnika:



Niestety autobusy w Peru nie są już tak wygodne i wypasione, jak wcześniej. W moim było tak, że kierowcy średnio się prezentowali, generalnie mieli pasażerów gdzieś, łazienka nie działała i nie było też żarełka w cenie biletu:( Autobus zatrzymywał się co chwilę, wsiadali jacyś ludzie, którzy sprzedawali wszystko – od jedzenia i napojów, przez leki po jakieś dziwne urządzenia… Byłem głodny, a na obiadek autobusowy przestałem już liczyć, więc kupiłem od jednej pani coś w rodzaju słodkich placków chlebowych i… ucieszyłem się, bo Peru jest dużo tańsze niż miejsca, gdzie byłem do tej pory!
Krajobraz się jednak tylko nieco różnił, bo ciągle była pustynia, ale za to w niektórych dolinach robiło się zielono:



Po przyjeździe do Arequipy myślałem, że zeświruję przez samochody. Głupki na okrągło używają klaksonów! Nawet jak jest droga pusta i koleś jedzie sam, to trzyma rękę na klaksonie, jakby to było do czegoś potrzebne – mam ochotę takich wyciągnąć z samochodu i im złoić skórę!
W hostelu zacząłem rozmawiać z Elvisem, który ma 18 lat i tutaj pracuje, ale niestety słowa po angielsku nie zna. Na szczęście udawało nam się dosyć skutecznie porozumiewać. Jak zobaczył mojego laptopa, wyciągnął z portfela 300 Euro i chciał kupić! A miał mnóstwo kasy – soli peruwiańskich, euro, dolarów… Ciekawe skąd to wszystko, jeśli zarabia tylko ok. 600 zł/miesiąc. Fajny z niego koleś, ale na pieniądze zacząłem zwracać szczególną uwagę. A poza tym w pewnym momencie zaczął mnie już męczyć, bo ciągle tylko przyłaził i nic nie mogłem zrobić. Postanowiłem więc, że ucieknę na miasto! Niestety Arequipa nie ma wiele do zaoferowania. Oprócz ładnego placu z katedrą, jest tu niewiele do zobaczenia.







Zacząłem się więc zastanawiać, co mam robić następnego dnia, który miałem do dyspozycji. I po 19.00 zdecydowałem się jechać do Kanionu Colca (2 najgłębszy na świecie, ze ścianami o wysokości do 4 100m!). W agencji turystycznej okazało się, że są wycieczki na następny dzień, ale wyjazd już o 2.30 w nocy. Zostało mi więc tylko 7 godzin do wyjazdu, ale co z tego! I mogę się czymś przy okazji pochwalić: otóż o wszystko pytałem się po hiszpańsku, panie odpowiadały po hiszpańsku, a jak zaproponowały cenę 70 soli (ok. 85 zł), to się wytargowałem na 60! Sam, po hiszpańsku, z totalną nieznajomością tego języka przed wyjazdem! Chyba się jednak czegoś tutaj nauczę:D
O godzinie 6.30 byliśmy na wysokości 5 100 m n.p.m. Niestety nie był to wielki wyczyn alpinistyczny, bo wjechaliśmy tam zwyczajną drogą, w zwyczajnym autobusie:( Wyobrażacie sobie coś takiego w Europie? A propos, Arequipa leży prawie na wysokości polskich Rysów! Andy to jednak inna kategoria. I muszę przyznać, że na tych 5 100 m zacząłem przez chwilę odczuwać objawy choroby wysokościowej – ciężej się oddychało i przez chwilkę wymiotować się chciało, ale szybciutko się zaaklimatyzowałem. Gorzej było ze starszymi ludźmi, którzy z nami jechali – im przewodnik jakieś sole trzeźwiące podawał!




Kiedy już przejechaliśmy przez najwyższe szczyty, wjechaliśmy do doliny Colca (w jakimś języku inkaskim oznacza to „magazyn żywoności”, bo idealne warunki do uprawy tam panują). Wtedy wszystkim opadły kopary, bo tak cudne widoki zaczęły się przed nami roztaczać.











Niestety samego Kanionu nie było widać, bo akurat w tamtym miejscu zebrały się chmury, ale za to udało nam się poobserwować krążące nad nami kondory (te czarne kropki nad wzgórzem, na zdjęciu poniżej).



Oprócz panoramy, która się zewsząd roztaczała, niesamowite wrażenie na wszystkich zrobiło to, w jaki sposób żyją tutejsi ludzie. Chyba nic się tutaj nie zmieniło od 500 lat, oprócz tego, że przyjeżdżają autobusy z turystami i doprowadzono elektryczność. Dalej uprawia się wszystko ręcznie na tarasach górskich, hoduje się lamy i bydło, które chodzą wszędzie, gdzie chcą, nie ma dróg asfaltowych ani chodników – po prostu powrót do przeszłości;) Domy są bardzo prymitywne, ludzie chodzą w tradycyjnych strojach, a dzieci zamiast wychodzić na spacer z psem, wyprowadzają lamy;)















W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze do źródeł termalnych, gdzie woda niby była lecznicza i bardzo gorąca (wrzała u źródła!), ale ja bym się w niej chyba nigdy nie wykąpał, bo śmierdziała zgniłym jajkiem;) A źródła wzięły się stad, że naokoło pełno jest wulkanów, co się wiąże też z trzęsieniami ziemi. Podobno ostatnie było rok temu, a 20 lat temu jedno zniszczyło częściowo katedrę w Arequipie.



W drodze powrotnej wstąpiliśmy do „centrum kulturalnego, politycznego i finansowego regionu”, które ma 7 000 tysięcy mieszkańców i brakuje tam nawet chodników! Ale ludzie wyglądają na szczęśliwych. Akurat udało nam się trafić na festyn kończący indiański karnawał, dzięki czemu mogliśmy zaznać nieco kultury inkaskiej i zrobić kilka fajnych fotek. Może nie uwierzycie, albo się przesłuchałem, ale piosenka, która grali kiedy zbliżałem się do placu, na który się wszystko odbywało, to była „Barka”! Inkowie grali „Brakę”!









Na koniec przyszło, jak to zwykle bywa, wracać a musieliśmy się spieszyć, bo jeden chłopak z Kanady, z którym się zakumulowałem całkiem, miał samolot do Toronto za kilka godzin. Zatrzymaliśmy się jednak (a raczej nas zatrzymano) przy jednym z pikników, gdzie bawili się znajomi naszego przewodnika, który łącznie z kierowcą zaznali na własnej skórze karnawałowej tradycji indiańskiej;)







Na szczęście pasażerom tego oszczędzono i każdy został tylko okręcony serpentynami i obsypany konfetti, więc na sam koniec autobus był bardzo kolorowy:)
Niestety kiedy tylko wyruszyliśmy w podróż do Arequipy zaczęły się zbierać bardzo ciemne chmury, przez które niestety trzeba było przejechać (znowu wracaliśmy trasą na wysokości 5 100 m). To było potworne! Nie było NIC widać! Ledwo dało się dostrzec ziemię w odległości 3 m od okna autobusu, a długie światła samochodów, które jechały z naprzeciwka można było zobaczyć na 2-3 sek. przed minięciem się. Nie mam pojęcia jak kierowca to robił, ze ciągle jechał, ale równie dobrze by można było niewidomego za kierownicą posadzić. Prawie pełne portki miałem ze strachu, bo nie dość że się zderzyć można było z innym samochodem, to jeszcze przepaść była ciągle z lewej lub prawej. Aż się zdziwiłem, że po drodze tylko jeden wypadek widzieliśmy (osobowy wjechał w autobus). Jechaliśmy tak chyba 1,5 godziny, aż nagle wszystko zniknęło. Jakby nożem uciąć – jesteś w chmurze, gdzie nic nie widać, robisz jeden krok i widoczność jest znakomita. Dziwne są te Andy – nie dziwię się Inkom, że obawiali się bóstw.



1 komentarz:

  1. rewelacyjne zdjęcia nasze Ty słońce Peru :) musimy się zgadać na gg :) pisz do mnie jak będziesz dostępny

    OdpowiedzUsuń