Następnego dnia musiałem poczekać na Natalię, która do Alicante przyjechała głównie, żeby studiować, a nie przyjmować gości, aż wróci ze szkoły. Miałem trochę czasu, więc mogłem odespać małego jet-lag’a, którego miałem po powrocie z Ameryki, a następnie pobiegliśmy zdobywać zamek. Dopiero po drodze zobaczyłem tak naprawdę miasto. Jest dosyć ładne, ale to, co mnie zadziwiło, to ilość żebraków, których jest zdecydowanie więcej, niż w Polsce oraz kolor, który jest wszechobecny – piaskowy. Wydaje się, że wszystkie budynki, chodniki, drzewa, itd. jest w piasku, co wygląda dosyć dziwnie. Z drugiej strony nie ma się za bardzo co dziwić, bo miasto jest na południu Hiszpanii, gdzie pustynia to chyba nic nadzwyczajnego.
Droga na szczyt nie należała do najłatwiejszych, bo jak widać na poprzednim zdjęciu zamek jest dość wysoko i (czego nie widać) podejście jest całkiem strome… Ale opłaciło się! Widoki z góry były przednie – z jednej strony miasto, z drugiej strony Morze Śródziemne, które ma kolor niczym z folderu biura podróży.
To, co wydawało się nieco dziwne w zamku, to fakt, że nie ma w nim prawie budynków – ciekawe co jest tego przyczyną. Może po prostu było kiedyś tak ciepło, że namioty w zupełności wystarczały (teraz na pewno byłoby w nich za zimno), a może kiedyś budynki były, ale zostały zniszczone? W każdym razie dla chcącego nic trudnego i dało się znaleźć kilka atrakcji:
Kolejny dzień to wyprawa do Elche – miasta, które ma najwięcej palm w całej Europie. Kiedy jechaliśmy, myślałem sobie: palmy, jak to palmy – nie trudno o nie na południu kontynentu. Na miejscu okazało się jednak, że jest ich rzeczywiście multum i są wszędzie w ogromnych ilościach! W parku miejskim nie było praktycznie innych drzew.
To jednak był tylko wstęp, bo kiedy przejdzie się przez centrum miasta, z paroma zabytkami, dochodzi się do Alei Palm (albo coś takiego), która tak naprawdę nie jest aleją, ale całym lasem palmowym, w których są ich chyba miliony!
Niestety radość z wycieczki popsuł nam trochę powrót, gdyż narodowy przewoźnik hiszpański – RENFE (takie PKP) – znowu dał ciała. Spieszyliśmy się, jak wariaci, żeby zdążyć na pociąg, a na miejscu okazało się, że jest on sporo opóźniony. Potem było tylko gorzej i gorzej. Ktoś z obsługi powiedział, że mamy wyjść z peronu i czekać w poczekalni, z poczekalni (po ok. 45 min.) kazano iść na peron, na który nie chciał nikogo wpuścić ochroniarz, następnie czekanie na schodach, przejście na drugi peron, gdzie czekał pociąg, z którego po dłuższej chwili nas wyproszono, kolejny peron… Zdenerwowaliśmy się i chcieliśmy już odzyskać pieniądze za bilet, ale pan w kasie zapewnił, że pociąg będzie za 5 min. Na szczęście miał rację i z opóźnieniem 2 godzin wróciliśmy do Alicante, skąd następnego dnia polecieliśmy na Majorkę.
Po przylocie z Majorki dwa dni praktycznie nie wychodziłem z domu – po prostu mi się nie chciało. Siedziałem na Internecie, gotowałem obiadki – generalnie się obijałem. Dopiero ostatniego dnia pojechaliśmy na uniwersytet, który jest zupełnie inne, niż te w Polsce. Kampus budynków to niczym oddzielne miasteczko, a wszystkie budynki wyglądają jak nowe (swoją drogą ciekawe, czy naprawdę są nowe, czy tylko je wyremontowano – jeśli są po remoncie, SGH przydałoby się coś podobnego). Na miejscu przypomniało mi się, że samolot do Lizbony (przez Madryt) mamy nie dnia następnego, ale już dzisiaj, co nas dosyć mocno zaskoczyło (niczym zima drogowców;), ale dobrze, że się zorientowaliśmy, bo wyjazd stałby się nieco droższy, niż planowaliśmy… Pobiegliśmy więc raz jeszcze na plaże, na którą przeszliśmy do końca i odkryliśmy, że jest tam raj dla takiego goryla, jak ja, a dodatkowo można dbać o swoją kondycję na otwartej całodobowo siłowni pod chmurką:
Tak oto zakończył się pobyt w Alicante, który dzięki Natalii upłynął szybko i przyjemnie. Czas było ruszać do Lizbony – ostatniego przystanku podróży.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz