Zajechałem o 6 rano (oczywiście nie na dworzec, bo Ormeno oszczędza na opłatach i wysadza ludzi na ulicach), odebrała mnie siostra koleżanki z Dorney Parku, pojechaliśmy do domu, szybki prysznic, śniadanie i na miasto! Zwiedzamy, nie śpimy!;) Byłem totalnie zmęczony. Autobus dał mi się we znaki, a teraz cały dzień chodzenia… Na początek pojechaliśmy na równik, który przebiega przez Quito.
Jeśli spojrzycie na powyższe zdjęcie, lewa część mnie jest na półkuli południowej, prawa na północnej:) I nie wiem jak było u Was w szkole, ale u mnie było tłumaczone, że jeśli woda zlatuje do otworu na północy, to kręci się w jedną stronę, a na południu w drugą. Wszyscy się wtedy pytali jak sytuacja wygląda na równiku – otóż powiem, że sprawdziłem, ale wynik eksperymentu będzie moją tajemnicą!:p
Po równiku przyszedł czas na starówkę. Byłem bardzo zaskoczony, bo przypominała mi ona wiele europejskich! A do tego jest bardzo ładna! Budynki to mieszanka stylu kolonialnego i polskich rynków. Bardzo dobrze to się ze sobą komponuje! Do tego miasto zadbane, czyste, ludzie sympatyczni. W ogóle, Ekwador bardzo przypomina Polskę latem! Jest zielono, pola są uprawiane, nie ma pustyni, wielkich gór, drogi podobne (nieco lepsze niż w Polsce). Jest tylko jedna rzecz odróżniająca krajobrazy – w Ekwadorze wszechobecne są drzewa bananowe!
W trakcie zwiedzania zrobiliśmy się głodni, więc wybraliśmy się do knajpki z tradycyjną kuchnią ekwadorską – owocami morza. Pierwszy raz w życiu jadłem takie dziwolągi jak kraby, małże (chyba), krewetki, które samemu trzeba obierać… Bałem się trochę, ale okazało się, że smakuje to bardzo dobrze! Tylko wyglądałem jak dziecko, bo nie umiałem się posługiwać odpowiednio sztućcami, więc jadłem głównie rękami i wyglądałem jak bobas, który nie dość że wybrudzi buzię, ręce, ubrania, to jeszcze wszystko dookoła – ja zachowałem się dokładnie tak samo;)
Na wieczór została najprzyjemniejsza część pobytu – spotkanie z ludźmi z Dorney Parku! Było to dla mnie coś niesamowitego, bo jeszcze rok temu nie do końca chyba wiedziałem gdzie leży Ekwador, a teraz odwiedzam w nim znajomych… Fajnie było pogadać o starych, „dobrych” czasach i o tym, co się dzieje u nas teraz. Przy okazji spróbowałem najlepszego ekwadorskiego piwa i czegoś w rodzaju szaszłyka. Super było to spotkanie i mam nadzieję, że w przyszłości będzie okazja do jeszcze przynajmniej kilku!
Niestety tak to minęła Ekwadorska część podróży, która trwała jedynie 1 dzień:( Wiem, że koniecznie chcę wrócić Ekwadoru na dłużej, bo z okien autobusu kraj wygląda przepięknie, a podobno to tylko ułamek całości. Może kolejny raz będzie już w 2011 roku…
Po 2h snu ruszyłem w podróż do Bogoty. Strasznie się bałem tego przejazdu, bo same złe historie słyszałem, ale okazało się, że nie jest tak strasznie. W ogóle Kolumbia wygląda najlepiej ze wszystkich krajów, w których byłem. Są tu chyba najlepsze drogi, budynki (nawet na wsi) są otynkowane, pomalowane… Od czasu do czasu trafi się fabryka, pole golfowe, zajazd. Zupełnie inaczej niż w wyobrażeniach, na których partyzanci blokują drogę i cię porywają dla okupu… Jedyne, co nieco psuje obraz, to mnóstwo policji i wojska na drogach, które ciągle zatrzymują auta do kontroli. A policja i wojsko wygląda nieco inaczej, niż na naszych drogach – u nas do kontroli zatrzymuje się lizakiem, a w Kolumbii 1 pan macha lizakiem, a stojących za nim 2-3 kolejnych panów macha karabinami… Jednak to dobrze, bo widać że rząd stara się walczyć z terrorystami, partyzantką i handlarzami kokainą. Podobnie sytuacja miała się na dworcu – pełno policji z długą bronią, psami, bramki bezpieczeństwa… Pomimo, że dla Europejczyka wygląda to dosyć ekstremalnie, to jednak daje poczucie bezpieczeństwa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz