Ale niestety kłopoty zaczęły się po wylądowaniu. Po pierwsze z lotniska w Calamie nie odjeżdżały żadne autobusy, do miasta jest ok. 5 km, a przez pustynie nie chciałem iść, więc pozostało tylko jechać taksówką, która okazała się sporo droższa, niż było napisane w przewodniku. Jako, że miałem już kupiony bilet na autobus, poprosiłem taksówkarza, żeby mnie zawiózł na odpowiedni dworzec. No i zawiózł. Na miejscu zapytałem jeszcze kilka osób czy to właściwe miejsce (w tym, w biurze firmy, którą miałem jechać) i wszyscy twierdzili, że dobrze trafiłem. Zacząłem się jednak nieco denerwować kiedy zostało 5 min. do odjazdu, a autobusu ciągle nie było. 2 min. po planowanym odjeździe podszedł do mnie taksówkarz, który zauważył, że się nieco denerwuję i spytał na jaki autobus czekam. Wziął mój bilet do jakiegoś innego faceta i po chwili usłyszałem „no aqui” („nie tutaj” – dla tych, którzy jeszcze mniej hiszpański znają, niż ja;). Ugięły mi się nogi, bo nie wiedziałem kiedy jest następny autobus, skąd, a nie miałem też gdzie spać. Na szczęście jakiś pan gdzieś zadzwonił, pogadał i po chwili padło „tienes tempo” („masz czas”). No więc znów w taksówkę i na właściwy dworzec! Udało się! Autobus był opóźniony i musiałem jeszcze czekać na niego ok. 5 min., ale było blisko do zostania na lodzie na środku pustyni;) Miałem 4h między samolotem a autobusem, więc chyba dałbym radę w tym czasie się przyczołgać , ale dzięki taksówkom wydałem połowę tego, co na autobus na trasę prawie 750km! Cóż, głupi turysta… Tylko żeby to był koniec kłopotów. Kiedy zastukałem do drzwi hostelu okazało się, że nie ma mojej rezerwacji, a miejsc niestety wolnych też brak! Nienawidzę północnego Chile! Na szczęście po chwili gdzieś się jednak ta rezerwacja odnalazła i dostałem pokój, w którym powierzchnia na 1 gościa jest niczym w hotelu pięciogwiazdkowym.
Sama Arica to wyglądające na małe (ma 120 tys. mieszkańców) miasteczko, które raczej jest obskurne i tylko deptak jest ładnie urządzony.
Zadziwiło mnie po co ludzie tutaj żyją?! Wokół nie ma nic. Absolutnie nic oprócz pustyni i oceanu! W podobnym miejscu byłem tylko raz – w Dolinie Śmierci w USA, gdzie nie było już zupełnie nic. Ale też nikt nie mieszkał. Nie mam pojęcia skąd tutaj czerpie się wodę, chyba z odsalania. Idąc z terminala autobusowego do hostelu natknąłem się na (powiedzmy) rzekę, a potem ze wzgórza zobaczyłem otoczenie miasta, czyli pustynię.
Na owym wzgórzu okazało się, że mieszkańcy Ameryki Południowej mają chyba tradycję stawiania pomników Jezusa i Marii (jak w Rio i Santiago), bo ponownie ujrzałem Jezusa, tym razem z ramionami rozpostartymi nie na Atlantyk, a na Ocean Spokojny.
Na tymże oceanie widziałem też największe jak do tej pory w życiu fale, w które wpatrywałem się chyba z 1,5h.
Niestety miałem odkryte ramiona, a przez bryzę nie czuło się gorąca, więc ręce mam wprawdzie ładnie opalone, ale opalenizna boli jak nie wiem co:( Chciałem też pochodzić po wodzie i wszystko było dobrze, dopóki nie zszedłem na część plaży gdzie nie było wody i nie wyschły mi nogi. Piasek był tak gorący, że poparzyłem sobie stopy! Zacząłem skakać jak opętany i biec do wody, ale nie dało się, bo tak parzyło. Był więc scenariusz: bieg, chwila stania na butach (nie miałem jak założyć, bo całe stopy w piachu były), znowu bieg, buty, bieg, buty, bieg i w końcu woda. Niestety bolało i piekło jak diabli i dopiero po ok. 20 min. w wodzie nieco ulżyło.
Poszedłem dalej zwiedzać miasto i natknąłem się na coś, co mnie bardzo ucieszyło, gdyż jest dosyć rzadko spotykane w Ameryce Południowej.
Myślałem też o tym, żeby do Peru przedostać się właśnie pociągiem, ale niestety okazało się, że stacja końcowa jest dość daleko od autobusu, który jak najszybciej muszę złapać. Nie chce ryzykować kolejnych „przygód”, wiec uznałem że granicę przekroczę tzw. „collectivo”, czyli taksówka która nie rusza, aż nie zbierze się komplet. Jest tylko nieco drożej od pociągu, ale za to taksiarz załatwia wszystko na granicy i podwozi pod sam terminal autobusowy.
Wieczorkiem poszedłem jeszcze dokończyć zwiedzanie i natknąłem się na inna plaże, która niestety nie była już tak czysta, jak pierwsza, ale za to był z niej dobry widok na „umieralnię statków”, które stoją w porcie i już raczej do niczego nie są zdatne.
Zobaczyłem też jak wycieczkowiec o zachodzie słońca wypływa w rejs. Ja rozpoczynam swoją dalszą podróż o świcie i mam nadzieję, że obędzie się bez przygód podobnych do tych ostatnich…
A na koniec pobytu, pisząc ten wpis, spotkałem w hostelu amerykańską parę, którą poznałem w Santiago, gdzie spaliśmy w jednym pokoju i to oni opowiadali, że umawiali się z kimś za kilka miesięcy w zupełnie innym miejscu. Jaki ten świat mały...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz