poniedziałek, 30 marca 2009

Lizbona

Jak, że noc w Madrycie spędziliśmy na lotnisku, byliśmy bardzo zmęczeni. Pomimo tego, że Barajas jest piątym największym lotniskiem w Europie, żaden kretyn nie pomyślał o tym, że ludzie mogą musieć czekać przez noc na kolejny samolot i nigdzie nie ma ławeczek, jak w Palmie;) więc lotnisko wygląda potwornie – jak wielka noclegownia, przy czym wszyscy podróżni śpią albo na podłodze, albo na wózkach od bagażu! Chciałbym porozmawiać na ten temat z zarządzającym lotniskiem. Na szczęście miałem śpiwór (do tej pory nie musiałem go używać ani razu!), więc nie byliśmy w najgorszej sytuacji. Widzieliśmy też jednego, bardzo pomysłowego faceta, który rozłożył się na taśmie do barażu przy check-in, gdzie miał względnie ciepło, bo nie leżał na marmurowej posadzce. Musiał tylko uważać, żeby go nie wciągnęło, jak barażu;)

Po przespaniu kilku godzin, postanowiliśmy jechać zobaczyć most Vasco da Gamy – najdłuższy most w Europie, który ma aż 17 km! Przy okazji znowu zobaczyliśmy w jakiej infrastrukturalnej dupie jest Polska. Lizbona ma 600 tys. mieszkańców i kilka linii metra, wszędzie naokoło są autostrady, dodatkowo ten długi most, dworce… Nie dosyć, że tyle wszystkiego, to jeszcze ładne!











Po zwiedzaniu mostu poszliśmy na zakupy do lokalnej Biedronki, która nazywa się Pingo Doce (ten sam właściciel), a następnie na kolację i spać, bo kolejny dzień przeznaczony to kolejne kilometry…

Jak się okazało następnego poranka, Lizbona to jedna wielka starówka. Praktycznie nie ma tam nowych budynków, a o czymś podobnym do centrum finansowego można zapomnieć (przynajmniej w centrum i jego okolicach).














Pomimo tego wszystkiego nie ma w mieście niestety klimatu czy atmosfery, co obojgu nam nieco przeszkadzało i nie Lizbona nie zyskała naszej wielkiej sympatii. Jedyne, co mi się podobało, to pranie, które zwisa przy praktycznie każdym oknie, co nieco nadaje uroku i swojskości.



Z jednego ze wzgórz zobaczyliśmy dwie wieże i myśleliśmy, że to katedra, więc udaliśmy się w tamtym kierunku, jednak dość szybko, dość mocno się zgubiliśmy zanim dostaliśmy się do prawdziwej katedry, minęło sporo czasu:(







Ostatni dzień podróży to wyprawa do części miasta zwanej Belem, w której znajduje się ładny klasztor z grobem Vasco da Gamy, wieżą, która niegdyś była bramą do miasta i generalnie wszystkim, co związane z żeglowaniem. Nie ma się jednak co dziwić, bo dzielnica leży tuż obok ujścia rzeki do Oceanu Atlantyckiego.









Fajne w niej jest jeszcze to, że można poczuć się, jak w San Francisco i Rio de Janerio jednocześnie – Zgadnijcie dlaczego;)



Niestety był to ostatni dzień mojej, jak do tej pory, najlepszej podróży w życiu:( Ten, ostatni już wpis, piszę na lotnisku w Luton pod Londynem, przez które wracam do Polski, a opublikuję go już z Warszawy. Po przebyciu ponad 30 tyś. kilometrów, czas wracać do Polski i pracować na kolejną podróż, a następnie pisać kolejnego bloga, którego mam nadzieję, także będziecie czytać;)

Alicante

Jak już wspominałem we wcześniejszym poście, pobyt w Alicante rozpoczął się od problemu – braku bagażu. Spowodowało to, że nieco pokłóciłem się z Natalią, bo ona się denerwowała, że nie wychodzę z lotniska (nie wiedziała dlaczego), a ja sam też się denerwowałem, bo nie wiedziałem co się dzieje z moim plecakiem. Na szczęście, kiedy tylko się zobaczyliśmy było już dużo lepiej:) Z lotniska od razu pojechaliśmy do domu, który do tej pory widziałem tylko przez kamerę skypye’a, gdzie czekał na mnie pyszny obiadek. Potem chwila przerwy i „nie śpimy, zwiedzamy!”;) Poszliśmy na plaże, na którą dochodzi się pięknie wyglądającym deptakiem, a z plaży roztacza się widok na zamek, który także wygląda super i góruje nad całym miastem.





Następnego dnia musiałem poczekać na Natalię, która do Alicante przyjechała głównie, żeby studiować, a nie przyjmować gości, aż wróci ze szkoły. Miałem trochę czasu, więc mogłem odespać małego jet-lag’a, którego miałem po powrocie z Ameryki, a następnie pobiegliśmy zdobywać zamek. Dopiero po drodze zobaczyłem tak naprawdę miasto. Jest dosyć ładne, ale to, co mnie zadziwiło, to ilość żebraków, których jest zdecydowanie więcej, niż w Polsce oraz kolor, który jest wszechobecny – piaskowy. Wydaje się, że wszystkie budynki, chodniki, drzewa, itd. jest w piasku, co wygląda dosyć dziwnie. Z drugiej strony nie ma się za bardzo co dziwić, bo miasto jest na południu Hiszpanii, gdzie pustynia to chyba nic nadzwyczajnego.





Droga na szczyt nie należała do najłatwiejszych, bo jak widać na poprzednim zdjęciu zamek jest dość wysoko i (czego nie widać) podejście jest całkiem strome… Ale opłaciło się! Widoki z góry były przednie – z jednej strony miasto, z drugiej strony Morze Śródziemne, które ma kolor niczym z folderu biura podróży.





To, co wydawało się nieco dziwne w zamku, to fakt, że nie ma w nim prawie budynków – ciekawe co jest tego przyczyną. Może po prostu było kiedyś tak ciepło, że namioty w zupełności wystarczały (teraz na pewno byłoby w nich za zimno), a może kiedyś budynki były, ale zostały zniszczone? W każdym razie dla chcącego nic trudnego i dało się znaleźć kilka atrakcji:





Kolejny dzień to wyprawa do Elche – miasta, które ma najwięcej palm w całej Europie. Kiedy jechaliśmy, myślałem sobie: palmy, jak to palmy – nie trudno o nie na południu kontynentu. Na miejscu okazało się jednak, że jest ich rzeczywiście multum i są wszędzie w ogromnych ilościach! W parku miejskim nie było praktycznie innych drzew.











To jednak był tylko wstęp, bo kiedy przejdzie się przez centrum miasta, z paroma zabytkami, dochodzi się do Alei Palm (albo coś takiego), która tak naprawdę nie jest aleją, ale całym lasem palmowym, w których są ich chyba miliony!





Niestety radość z wycieczki popsuł nam trochę powrót, gdyż narodowy przewoźnik hiszpański – RENFE (takie PKP) – znowu dał ciała. Spieszyliśmy się, jak wariaci, żeby zdążyć na pociąg, a na miejscu okazało się, że jest on sporo opóźniony. Potem było tylko gorzej i gorzej. Ktoś z obsługi powiedział, że mamy wyjść z peronu i czekać w poczekalni, z poczekalni (po ok. 45 min.) kazano iść na peron, na który nie chciał nikogo wpuścić ochroniarz, następnie czekanie na schodach, przejście na drugi peron, gdzie czekał pociąg, z którego po dłuższej chwili nas wyproszono, kolejny peron… Zdenerwowaliśmy się i chcieliśmy już odzyskać pieniądze za bilet, ale pan w kasie zapewnił, że pociąg będzie za 5 min. Na szczęście miał rację i z opóźnieniem 2 godzin wróciliśmy do Alicante, skąd następnego dnia polecieliśmy na Majorkę.

Po przylocie z Majorki dwa dni praktycznie nie wychodziłem z domu – po prostu mi się nie chciało. Siedziałem na Internecie, gotowałem obiadki – generalnie się obijałem. Dopiero ostatniego dnia pojechaliśmy na uniwersytet, który jest zupełnie inne, niż te w Polsce. Kampus budynków to niczym oddzielne miasteczko, a wszystkie budynki wyglądają jak nowe (swoją drogą ciekawe, czy naprawdę są nowe, czy tylko je wyremontowano – jeśli są po remoncie, SGH przydałoby się coś podobnego). Na miejscu przypomniało mi się, że samolot do Lizbony (przez Madryt) mamy nie dnia następnego, ale już dzisiaj, co nas dosyć mocno zaskoczyło (niczym zima drogowców;), ale dobrze, że się zorientowaliśmy, bo wyjazd stałby się nieco droższy, niż planowaliśmy… Pobiegliśmy więc raz jeszcze na plaże, na którą przeszliśmy do końca i odkryliśmy, że jest tam raj dla takiego goryla, jak ja, a dodatkowo można dbać o swoją kondycję na otwartej całodobowo siłowni pod chmurką:







Tak oto zakończył się pobyt w Alicante, który dzięki Natalii upłynął szybko i przyjemnie. Czas było ruszać do Lizbony – ostatniego przystanku podróży.

wtorek, 24 marca 2009

Mallorca

Lot powrotny minął dosyć spokojnie, ale za to na zakończenie było dość nieciekawie – otóż w Alicante dowiedziałem się, że zostałem tylko z bagażem podręcznym, bo mój plecak zaginął! Przez to straciłem chyba 2h na lotnisku, a kiedy spytałem panią kiedy go będę miał, odpowiedziała, że jeśli został w Madrycie, w trakcie przesiadki, to prawdopodobnie następnego dnia, ale jeśli w Bogocie, to ona nic nie wie. Rewelacja! Zostałem w dwudniowych skarpetkach i ciuchach, których nie prałem, bo czekałem z tym na Hiszpanię! Ubrania były totalnie brudne i koniecznie wymagały prania, więc wziąłem od Natalii największe ciuchy, jakie miała, wcisnąłem się w nie i chodziłem jak… wiecie kto;) Nieźle się przedstawiłem współlokatorom… Dobrze, że nikt zdjęć nie zrobił! IBERIA – narodowy przewoźnik hiszpański. Za kilka dni będzie o innym – RENFE, ale póki co nie chcę o tym pisać, bo to odcinek o Alicante, a będę tu jeszcze kilka dni, więc przejdę do Majorki i Alicante opiszę w jednym poście.

Szczerze powiedziawszy, to dostanie się na Majorkę (ok. 300km od Alicante) nie było wcale takie łatwe, bo Ryanair miał takie godziny odlotu, że mieliśmy do wyboru – marsz 15km w nocy, taxi za 30 Euro, albo noc na lotnisku. Zgadnijcie na co się zdecydowaliśmy;) Na szczęście nie była to pełna noc, bo znajomy Natalii nas podwiózł, ale nie zmienia to faktu, że wylądowaliśmy baaaardzo zmęczeni.



Na szczęście Majorka jest jednak rajem i Palma zaoferowała nam piękne widoki wschodzącego słońca. Twardo chcieliśmy iść zwiedzać, ale wytrwaliśmy tylko do katedry, bo nasze organizmy odmawiały posłuszeństwa:(





Postanowiliśmy nieco odpocząć. Nasz hostel znajdował się w miejscowości Port de Pollenca, na totalnym końcu wyspy (60km, hehe) i z drogi pamiętam tylko tyle, jak wyjeżdżaliśmy z dworca autobusowego i przystanek końcowy… A odnośnie komunikacji na Wyspie, to robi ona wrażenie. W samej Palmie mieszka ok. 400 tys. mieszkańców (na całej wyspie 850 tys.), ale nie przeszkadzało to w zbudowaniu parkingów podziemnych, tramwajów, autostrad, stworzeniu sieci autobusów miejskich i do każdej wioski, a także… Uwaga, uwaga: METRA!!!

Po kilku godzinach snu, wybraliśmy się na wieczorne zwiedzanie plaży (bo w Porcie de Pollenca raczej nic nie ma do zobaczenia) i znów się miło zaskoczyliśmy – piękna okolica, otoczona górami, plaża w zatoce, na brzegu nie ma wielkich hoteli… Jedyne czego jest dużo, to Niemcy! Jest ich tylu, że nie dziwie się, że nazywają Majorkę Malle i uważają za swój siedemnasty Bundesland;)





Po, nazwijmy to zwiedzaniu, przyszła pora na normalny, jak na ludzi przystało sen, ale znów pojawiły się problemy, bo Hiszpanie, durnie, nie wymyślili ogrzewania! A noce nie są na południu Europy wcale takie ciepłe. Powiedziałbym wręcz, że można nieźle zmarznąć! W pokoju w Alicante stoi grzejnik elektryczny, więc nie jest źle, ale na Majorce myślałem, że zamienię się w kostkę lodu!

Następnego dnia postanowiliśmy wyruszyć do miasta Alcudia położonego ok. 8-10 km od naszej wsi. Szliśmy sobie poboczem drogi i co chwilę mijali nas kolarze, od których co chwilę pobrzmiewało „-Hans, wie geht’s? –Alles gut Helmut, wir mussen scheller Fahrem!”;) Mijały nas na szczęście też piękne widoki zatoki, w której woda niestety była jeszcze zimniejsza, niż powietrze nocą.





Po drodze też był piękny budynek, który mógłby kiedyś być moim domem. Mógłby to być nawet dokładnie ten sam – na Majroce, nad brzegiem morza…



Po 3h udało nam się w końcu doczłapać do Alcudii, gdzie powitał nas zamek, a nieco dalej za zamkiem, znów piękne widoki i sporo (jak na tą porę roku) turystów.













Dla mnie miłą niespodzianką był lokal , który znaleźliśmy – nosił wdzięczną nazwę „Smugglers”, czyli taką samą jak budka, w której pracowałem w USA. Kilka dni temu widziałem się z ludźmi ze starego Smugglers, teraz znalazłem knajpę, więc na kolejne spotkanie mamy już lokal:D



Ostatniego dnia jeszcze chwila siedzenia w Port de Pollenca (niestety infrastruktura dla turystów jest czasem tak samo mało, jak cała miejscowość) i kolejne podejście do Palmy.



Znowu byliśmy zmęczeni, ale postanowiliśmy iść na zamek. Po drodze znaleźliśmy podrabianą Syrenkę warszawską, a sam zamek był mały, ale bardzo urokliwy – szkoda tylko, że kiedy tylko weszliśmy do środka, podszedł pan i powiedział „niestety zamykamy”.













Po zamku było już i ciemno i ciężko, postanowiliśmy więc jechać na lotnisko, gdzie czekała nas kolejna noc (znowu poranny lot).



Podsumowując, stwierdzam, że Majorka mi się bardzo podoba – wygląda jak oaza dobrobytu, piękna, zabawy, a wszystko to w jednym miejscu. Chętnie bym tam pojechał na dłużej, kiedy jest cieplej – niestety obawiam się, że nie tylko ja mam taki pomysł i w sezonie musi być tam bardzo tłoczno. Może będzie mi to dane zobaczyć, bo w trakcie pobytu w Palmie, Natalia umówiła się z facetem, który organizuje prace w hotelach, ponieważ chce jechać na wakacje do pracy, więc się przy okazji spytałem się, czy i dla mnie by może coś było, a on że możliwe. Zobaczymy. Póki co, dzisiaj się dowiedziałem na 100%, że znowu jadę na praktyki do Niemiec – od maja do końca lipca. Będę pracował w firmie transportowo-logistycznej, czyli to, co lubię, ale wadą jest to, że będę musiał dużo dojeżdżać:( Czyli do Polski wracam na miesiąc, potem 3 miesiące w Niemczech, następnie (jak się uda) miesiąc na Majorce, a potem może jakieś last-minute do Egiptu we wrześniu. Zapowiada się, że to będzie najbardziej podróżniczy rok w moim życiu. Ale planuje już kolejną wyprawę – niestety nie powiem co, bo jest to dość trudne do zrealizowania, ale jednocześnie fantastyczne. Ok., zdradzę – lot w kosmos:p