piątek, 20 lutego 2009

Boskie Buenos

Może nie uwierzycie, ale jadąc z Wodospadów Iguacu do Buenos Aires byłem w Eldorado! Niestety już chyba całe złoto zostało rozkradzione i został tylko piach i kilka drewniano-ceglanych budynków:( Chciałem wyskakiwać z busa i jednak poszukać złota, ale ostatecznie zdecydowałem się kontynuować podróż, która umilona została konwersacją z panią, która siedziała na fotelu obok. Przy moim wielkim wysiłku umysłowym, żeby przypomnieć sobie wszystkie słowa hiszpańskie jakie znam i wymyślić jak można rękami pokazać ile się da, oraz przy jej ogromnej chęci zrozumienia, udało nam się jako-tako dogadywać;)

Buenos Aires jest jednym z tych miast po drodze, w których mam kogoś, kto może mi pomóc, oprowadzić – po prostu zaopiekować się mną. Moim przewodnikiem został Gustavo, który studiował w Warszawie na wymianie i o ile mi wiadomo, był pierwszym Argentyńczykiem na SGH (ja przynajmniej o innych nie słyszałem).



Na początek pojechaliśmy do dość odległej dzielnicy dawnych imigrantów, La Bocha. Całkiem sympatycznie wygląda ta okolica – wszystko kolorowo pomalowane, ludzie zagadują (nie wiem tylko o co). Ale to podobno tylko pozory, bo najbezpieczniej tam nie jest. Po doświadczeniach Rio czułem się tam jednak i tak dość bezpiecznie. W pewnym momencie zahaczyliśmy o stadion drużyny Bocha Juniors, której Gustavo nie znosi do tego stopnia, że nie chciał wejść do sklepu z ich gadżetami – jutro ma mnie zabrać na stadion swojej drużyny;) Kupiłem tam też kubeczek z metalową słomką o nazwie Mate (chyba), bo widziałem mnóstwo ludzi z tym biegających i w Puerto Iguacu i w Buenos, więc uznałem, że spróbuje…





Wieczorkiem poszedłem sobie pod pałac prezydencki, z balkonu którego przemawiała bardzo często Eva Peron (Evita). Dopiero na miejscu dowiedziałem się kim była – bardzo popularną żoną bardzo popularnego prezydenta (w gruncie rzeczy to ona miała największy wpływ na państwo). Klasy niższe i średnie ja uwielbiały, bo bardzo o nie dbała, ale miała też ciemną stronę – ukrywała nazistów, którzy uciekali do Argentyny po wojnie. Chyba nieźle wtopili się w tłum, bo ciągle nie mogę żadnego Niemca spotkać – ja do tej pory tylko 3 osobników widziałem. Dziwię się, bo niemieccy turyści są przecież wszędzie! Póki co, widziałem więcej Polaków! A wracając do Evity, to się okazało, że jej duch ciągle jest w mieście, bo wszędzie są jej zdjęcia, pocztówki i spektakle w teatrach.





W ogóle w mieście jest świetny klimat! Jest bardzo czysto, ładnie, ze sklepów pobrzmiewają przeróżne wersje tango… Naprawdę jest tu fajnie. Choć nie ma wielu atrakcji turystycznych, to całe miasto tworzy bardzo pozytywne wrażenie. Jedyne czym się zawiodłem to „kopia londyńskiego Big Bena” (tak było napisane w przewodniku), która Big Bena ani trochę nie przypomina – chyba nie kupię przewodnika Pascala po Londynie, bo aż się boję sprawdzać co w nim znajdę;)



To, co mi się podoba w Argentynie, to duma, której chyba nie brakuje Argentyńczykom. Wszędzie wiszą flagi, a kolory wszystkiego, co się da pomalować to niebiesko-biało-niebieskie. Argentyńczycy mają też chyba manię wielkości. Nie dość, że powierzchnia kraju jest 8 razy większa od Polski, to jeszcze mają największy na świecie teatr I najszerszą na świecie ulice, która jest naprawdę gigantyczna! (mieszkam 3 min od niej:) Staruszki nawet nie próbują przez nią przechodzić, bo ma podobno 200m szerokości. Nie wiem, czy na serio tyle ma, ale jest GIGANTYCZNA. Jest na niej 20 pasów dla samochodów, do tego chodniki i podłużne parki oddzielające jezdnie (schemat poniżej).







A przy jednej z odchodzących od Avenida 9 de Julio uliczek znalazłem maluteńki samochodzik policyjny bardzo znajomej firmy. Nie szukałem napisu „made In Poland”, ale coś mi się zdaje, że to autko było kiedyś w Mielcu:D



Nie był to jedyny moment, kiedy poczułem trochę Polski – inną okazją była wizyta na placu pod tutejszym parlamentem, gdzie poczułem się nieco, jak na rynku w Krakowie:)





Jutro niestety czas już opuszczać Argentynę, którą bardzo polubiłem i ruszać do Chile, wymawianego przez Angoli jak chili. Boję się trochę tego etapu podróży, bo nie do końca wiem jak będę jeździł, gdzie spał, itd. Wiem tylko, że nie pojadę na pustynię Atacama, którą miałem w planach. Uznałem, że po kolejnych upałach znacznie przekraczających 30 stopni nie potrzeba mi jechać na pustynię;)
A na koniec jeszcze parę fotek z Boskiego Buenos, które jest autentycznie boskie i które bardzo polubiłem (katedra wyglądająca jak bank lub muzeum, nowoczesne apartamentowce dla bogatych w dawnych dokach i… nie wiem co, ale ładne;)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz