środa, 11 lutego 2009

Lotniska, samoloty, itp.

Cóż to był za lot… Najdłuższy w moim życiu! Już myślałem, że zapuszczę korzenie na lotnisku Barajas w Madrycie. Odwiozłem Natalię na lot na 13 i postanowiłem już nie wracać do miasta, tylko poczekać na swoją odprawę – ok. 6h. Oglądałem Listę Schindlera, przebierałem zdjęcia, więc czas mijał dosyć szybko. W pewnym momencie jednak zaczęły się dziać dziwne rzeczy…
Na początek podszedł do mnie Niemiec i się pytał czy rozumiem jego mowę. Kiedy odpowiedziałem, że tak, rozpłakał się (ok. 40 letni koleś!) i zaczął opowiadać, że go okradli, nie ma ani pieniędzy, ani telefonu do znajomych w Sevilli, że ambasada dopiero następnego dnia otwarta… Dałem mu swoje całe 15 Euro, żeby się jakoś do znajomych dostał, a on wziął maila i obiecał, że odeśle – miejmy nadzieje! Nie wyglądał na oszusta, jak inna babka, która 5 razy pytała się mnie czy nie dołożę jej do biletu na pociąg…
Najlepsze jednak dopiero nadciągało! O 18.30 poszedłem na check-in i dowiedziałem się, że mój lot do Salvadoru jest opóźniony i zamiast o 21, lecimy o 0.30. Zaczęliśmy się z Piotrkiem martwić czy zdążymy na poranny lot do Rio de Janeiro. Dostaliśmy kupony na obiad w lotniskowej restauracji, dzięki czemu nie byłem głodny, ale krótko po obiedzie dowiedzieliśmy się, że jednak polecimy o 2.00, bo samolot leci z Montevideo (nie wiem, jak tego dokonaliśmy, bo nie było ani informacji głosowej, a nasz lot zniknął z tablic tak, jakbyśmy już polecieli).
Trzeba było widzieć, co działo się pod gatem – ludzie wychodzili z siebie. Wezwali nawet policję! My się tak mocno nie denerwowaliśmy, bo nie było żadnych komunikatów, jak o coś pytaliśmy, to nikt nie umiał porządnie po angielsku odpowiedzieć, a jak pojawiał się jakikolwiek komunikat (chyba 2 przez 5h były), to i tak był po hiszpańsku, bo po co ludziom info po angielsku…
Rozumieliśmy tylko, że jak ludzie trochę odpuszczali pracownikom linii Air Eurpoa, to była nadzieja na szybszy odlot, natomiast kiedy padały słowa „puta” i „hoder” oznaczało to złe wieści;)
W końcu odlecieliśmy o 2.40, z prawie 6-cio godzinnym opóźnieniem! Przy fakcie, że początkowo mieliśmy lecieć o 15.00 (jeszcze w Polsce przekładano nam odlot dwukrotnie), opóźnienie naszych planów było dość pokaźne. Sam samolot też nie wyglądał na najnowszy, ale już było za późno, żeby się wycofać… Jedyną zaletą tego wszystkiego było, że się dobrze spało w trakcie lotu – obudziłem się tylko na obiad i na śniadanie;)
W Salvadorze oczywiście spóźniliśmy się na samolot, na szczęście bez najmniejszego problemu dostaliśmy miejsca w kolejnym!
To co uderzyło w nas na miejscu, to temperatura! Jest chyba ze 30 stopni i wilgotno, że nie można oddychać! Ciekawe jak będzie w Rio? Kolejna sprawa, to lekkie zacofanie, które jest widoczne... Lotnisko w wielkim mieście (Salvador) wygląda jak z filmu Air America – wycięte trochę drzew w dżungli, wyrównane jako-tako (pas startowy ma górki i dołki), ochrona nie wygląda na zbyt przejętą kontrolą pasażerów, bez najmniejszego problemu można przedostać się na płytę lotniska… No ale jakoś to działa i póki co mi się podoba:) Zobaczymy jak będzie w Rio.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz