środa, 11 lutego 2009

Madryt

Madryt na początku zaczął sprawiać drobne problemy – jeszcze w Mediolanie dowiedziałem się, ze lot Natalii został odwołany i niestety musi ona czekać na kolejny, który wyląduje dopiero o północy. Oznaczało to nici z wieczornego zwiedzania:( Hostel za to okazał się bardzo przyjemny – nie dość, że w fajnej lokalizacji, to jeszcze całkiem miło wyglądał. Jak się potem okazało, było to zwodnicze, ale o tym później. W pokoju mieszkaliśmy z 2 Turkami, od których dostaliśmy zaproszenie do Istambułu, z którego postaramy się skorzystać :D
Następnego dnia przelecieli z A Corunii Agata z Łukaszem – wszyscy pracowaliśmy w USA, i wtedy zaczęło się zwiedzanie. Widzieliśmy ulotki „Free tour” i postanowiliśmy z tego skorzystać. Pan przewodnik, jak na Hiszpana, nienaturalnie dobrze mówił po angielsku – jak się potem okazało przez 20 lat mieszkał w Texasie. Niestety tylko część z nas dotrwała do końca wycieczki – ja, Natalia i Łukasz musieliśmy zrezygnować, bo było potwornie zimno. Po raz kolejny kraj południowy mnie zawiódł:(
W trakcie zwiedzania zobaczyliśmy Puerta del Sol – plac, z którego mierzy się wszelkie odległości od Madrytu, a na którym stoi jego symbol: niedźwiedź jedzący poziomki z drzewa…




Drugiego dnia wszyscy mówili, żeby iść do Prado. Myślałem, że chodzi o sklep z ciuchami Prada, na który i tak mnie nie stać, ale okazało się, że jest to Museo de Prado. Nie dość, ze okazało się, że niepotrzebnie staliśmy w dłuuuuuugiej kolejce, bo prowadziła ona do specjalnej wystawy, to jeszcze był to dla mnie najnudniejszy punkt całego pobytu. Prawie 3 godziny oglądania obrazów, które w gruncie rzeczy są do siebie podobne. Masakra! Myślałem, że umrę! I skubańce nie chcieli iść na wystawę modeli kolejowych, którą zobaczyłem gdzieś po drodze! Tylko Natalia chciała iść ze mną:* Reszta OSZUKAŁA MNIE!



Na szczęście po muzeum było ciekawiej i zobaczyliśmy katedrę, pałac królewski (król niestety nie raczył do nas wyjść) i na koniec wypiliśmy po piwku na Plaza Major (nie polecam – małe piwo za 3 Euro, na osranych przez gołębie krzesłach, zimno. Na szczęście można się targować – jeśli ktoś zna hiszpański…)














Ostatni dzień zwiedzania był bardzo sportowy – na początek, naśladując Atlasa, dźwigaliśmy budynki...



…następnie troszkę pobiegaliśmy wokół stadionu Realu Madrid…





…a na koniec połaziliśmy po madryckich wzgórzach, z których roztaczały się piękne widoki:



No a na sam koniec dnia okazało się, że to nie niedźwiedź rządzi miastem, a stado oszalałych krów z krową-hersztem i jeden byk, który zamienił się z torreadorem rolami:



Niestety pierwsza część europejska mojej wyprawy w tym momencie dobiegła końca, Agata z Łukaszem polecieli rano, Natalia startuje za 6 min, a ja siedzę w poczekalni, piszę ten wpis w Wordzie, żeby potem go opublikować już w Rio de Janeiro, o ile będę miał dostęp do Internetu. Ameryko, nadchodzę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz