sobota, 14 lutego 2009

Do widzenia Rio - na całe szczęście!

Kolejny dzień w Rio nie przyniósł niestety wiele nowych atrakcji, ale za to dosyć intensywne i wymagające… Był to ostatni dzień, a ja jeszcze nie widziałem posągu Chrystusa z bliska, a Copacabana też tylko muśnięta była, więc trzeba było się wrócić…
Mieliśmy iść we czwórkę na szczyt, ale że dzień był pochmurny (dzień wcześniej, po południu, lało jak z cebra i straciliśmy prąd na całą noc, wiec przynajmniej poszedłem wcześnie spać i się wyspałem:) Holenderka i Angielka, z którymi mieszkałem zrezygnowały z wyprawy i zostałem tylko ja i Igut z Białorusi. U podnóża wszyscy ostrzegali nas, że się idzie 3 godziny na szczyt i przechodzi się przez favelę, ale że wjazd kolejką/taksówką kosztował 45 reali (ok. 70 zł) zdecydowaliśmy iść. Po 5 minutach miałem już dosyć i się cieszyłem, że całą noc padało i jest pochmurno, bo dzięki temu było „tylko” ok. 25 stopni;) Im dalej, tym szło nam się lepiej, a widoki były coraz lepsze (póki byliśmy poniżej chmur).







Okazało się, że historia o faveli jest mocno naciągana, bo owszem była, ale na dystansie ok. 50 m i droga znajdowała się na ok. 5-6m pionowej ścianie betonu, a pół minuty dalej był posterunek straży parku narodowego… 3 godziny to też bzdet, bo wspięliśmy się w godzinę i 15 minut. Cwaniaki chcieli na nas zarobić, ale się nie daliśmy:D
Na górze niestety nie było już tak różowo, a wręcz zebrały się nad nami (pod nami zresztą też) ciemne chmury i… nic nie widzieliśmy:( To było jak gra – chmura albo pozwoli, albo nie pozwoli nam zobaczyć figurę Jezusa. A te piękne widoczki Rio niestety dalej będę znał tylko z pocztówek.



Potem szybki powrót na Copacabanę (w sumie to nie zobaczyłem nic nowego – plaża, jak każda), potem do hostelu pod prysznic, przepakować się, pożegnać i na dworzec.



Autobus do Sao Paulo był o północy, a miasto nie należy do bezpiecznych, dlatego zdecydowałem się jechać 3,5h wcześniej, póki ludzie są na ulicach – na samym dworcu jest dosyć bezpiecznie. Do momentu wejścia do autobusu myślałem, że tylko osobowymi jeździ się tam jak na wyścigach, ale myliłem się. Kierowca w busie-gracie pewnie pokonałby Hołowczyca, a stan dróg dostarczał doznań godnych przybrania kasku, bo można było sobie głowę o sufit obić!
Sam autobus do Sao Paulo to jednak była bajka! Podjechał nowiutki, wypucowany autokar (nawet opony mu się lśniły!), a w środku było tyle przestrzeni, że nawet ja nie miałem za mało miejsca na nogi. Ba, nawet ktoś by mógł mi jeszcze na kolana usiąść i jego nogi też by weszły! Szkoda tylko, że jezdnia i tak powodowała, że autobus skakał jak koń na rodeo... Nie przeszkadzało mi to jednak, bo wyjeżdżałem z Rio, które jest moim zdaniem przereklamowane i nie pozwala się sobą cieszyć, bo trzeba mieć zawsze oczy naokoło głowy, a nie skoncentrowane na atrakcji.

Jeszcze jedna sprawa – w poprzednim wpisie była fotka ciężarówki, która miała pokazać izolację bogatych od biednych. Popatrzcie jednak na to, jak był odgrodzony mój hostel (i żeby było jasne – to ja byłem biedotą w tym wypadku):



Tutejsi ludzie i tak chyba jednak lubią swój kraj:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz