Niestety droga była dość długa, więc i się długo na nią patrzyłem. Niestety odprawa na granicy też była długa:( Wszystko zajęło nam chyba ze 2h, a przy okazji nie odbyło się bez przygód. Po pierwsze wypełniłem jakieś papiery, choć nie wiedziałem po co, a kiedy zaczęli prześwietlać bagaże zobaczyłem znaczek z przekreśloną żywnością, więc chciałem wywalić 2 jabłka, które miałem w plecaku. Pan celnik zobaczył, że je wyciągam, podszedł do mnie, (chyba) wytłumaczył, że nie można przewozić żywności, wyszukał moją karteczkę w stercie innych, coś tam poprawił i jakoś się udało przebrnąć przez kontrolę. A jabłka zabrał:( Poczułem się średnio, bo byliśmy w górach, nie miałem pieniędzy chilijskich, napój mi się kończył i na dodatek zabrali mi jabłka – ostatnią żywność, jaką miałem!
Ale przyznać trzeba, że przejście graniczne jest ślicznie położone – w samym środku Andów. Było nieco chłodno, ale bez przesady – jak dla Polaka w sam raz po 38-stopniowych upałach:) Niestety musieliśmy się jakoś do podnóża gór dostać, co okazało się dosyć przerażające. Chyba przez godzinę jechaliśmy serpentynami drogi, które nie były niczym zabezpieczone – gdybyśmy spadli, kulkowalibyśmy się chyba w busie ze 2km do dołu. Na szczęście pan kierowca nie był wariatem i też chciał przeżyć, więc jechał bardzo powoli i ostrożnie. Jak później przeczytałem w Santiago, jechałem jedną z najbardziej niebezpiecznych dróg na świecie! Uf, przeżyłem:)
Po dotarciu do Santiago dosyć opornie szło mi odnalezienie hostelu, ale się w końcu udało! Chciałem jeszcze kupić sobie bilety na podróż do Peru, ale okazało się, że dworzec, na który poszedłem, to dworzec kolejowy, więc nici z biletów na autobus. Resztę dnia postanowiłem spędzić w hostelu. I jak do tej pory, jest to najlepszy hostel, w jakim byłem! Ludzie są rewelacyjni i czuję się wśród nich jak w nowej, tymczasowej rodzinie. Mnóstwo ze sobą gadamy, przesiadujemy wieczorami…
Pierwszego wieczoru zaczęliśmy rozmawiać o podróżowaniu. Ja myślałem, że moja podróż jest długa i szalona, ale im więcej ludzi poznaje, tym coraz mniejszy się czuję. Spotykam ludzi, którzy jeżdżą po 3, 6, 12, a nawet 18 miesięcy! Niektórzy tylko po Ameryce Południowej, inni po całym świecie. Jedni w parach, pozostali samotnie. Niesamowite! To jest jednak coś innego, niż szkoła, stała praca (niektórzy jeżdżą, pracują i jadą dalej i tak przez 3-4 lata). Słyszałem historię, jak się ludzie poznali, umawiali za 2-3 miesiące w innym kraju i się znów spotykali… Nie wiesz, co będzie następnego dnia, poznajesz nowych ludzi i spędzasz z nimi super czas gadając lub zwiedzając, chociaż nie zawsze wiesz jak mają na imię. Ale to nic, bo problemy rozwiązujesz na bieżąco, a imiona są często ciężkie do zapamiętania, wiec nie przywiązujesz do tego znaczenia, bo liczy się czas spędzony z osobą, a nie skąd jest, czy jak się nazywa. Jak powiedział Piotrek, z którym miałem studiować w Sao Paulo: „można przeżyć albo 52 tygodnie w roku, albo 52 razy ten sam tydzień”. Chyba wolę to pierwsze, dzięki podróżowaniu. Tylko najpierw trzeba 52 razy przeżyć ten sam tydzień, żeby zarobić na podróżowanie:(
W ogóle wzięło mi się w Santiago na przemyślenia i mini-kontemplację (w końcu Santiago znaczy Święty Jakub;) Pierwszej nocy miałem sen, który w dziwny sposób wyjaśnił mi kilka rzeczy, których do tej pory nie rozumiałem, a następnego dnia chodziłem i zwiedzając dużo myślałem o świecie, o życiu i innych bzdetach;) I akurat się zdarzyło, że trafiłem najpierw do katedry, a potem na wzgórze, na którym nie ma wprawdzie Jezusa, jak w Rio, ale jest całkiem pokaźna Maria, a w okolicy słychać przyjemną muzykę kontemplacyjną.
Po tych wszystkich rozmyślaniach i kolejnych rozmowach z ludźmi poznanymi na wzgórzu od razu postanowiłem poszerzać horyzonty i zacząłem to robić w sposób bardzo dosłowny:
Byłem już troszkę w tyle z czasem, wiec postanowiłem przyspieszyć kroku i złapać równy, szybki rytm, ale i tak nie mogłem w synchronizacji ruchów przebić chilijskiej armii, która nie wiadomo dlaczego szła przez środek miasta i grała marsze. A okazji chyba specjalnej nie było, bo miasto, sklepy, banki, itp. Normalnie funkcjonowały.
Bardzo bałem się Chile, nie wiem czemu, ale na miejscu dowiedziałem się, że jest to najlepiej rozwinięty kraj Ameryki Południowej, z gospodarką najbardziej swobodną ze wszystkich tutejszych. I widać to w mieście, które jest bardzo zadbane, czyste, z dobrą komunikacją, bez bezdomnych… Jedyne co razi, to masa bezpańskich psów, które są wszędzie, ale są niegroźne, bo tylko leżą na chodnikach i śpią, jakby nieżywe były. Ciekawe czy je ktoś dokarmia, że nie biegają za ludźmi, albo nie stoją pod budkami z jedzeniem… Centrum jest niestety dosyć małe i nie tworzy klimatu podobnego do Buenos Aires, ale kilka ładnych budynków da się znaleźć;)
Na koniec oglądania centrum trafiłem do dawnego klasztoru, który był też swego czasu twierdzą (ale tutejszą Częstochową nie jest), a poza tym jest bardzo ładny:
A na sam koniec poszedłem obejrzeć jakiś dwór, ale trafiłem… pod kościół, który okazał się dużo bardziej ciekawy. Niestety przyczepił się do mnie bezdomny (dzielnica ta nie była już tak zadbana jak centrum), który chciał mi pozować do zdjęcia i chciał za to pieniędzy! Masakra! Zresztą tutaj strasznie dużo ludzi mnie pytało o jakieś datki – na szczęście wiedziałem w wielu przypadkach na co, bo mówili po angielsku! Wracając jednak do zdjęcia przy kościele, pan który miał mi je zrobić, cierpliwie czekał, aż pijany bezdomny sobie pójdzie. Po chwili się okazało czemu był taki cierpliwy – był adwentystą dnia siódmego i chciał ze mną porozmawiać w zamian! Na szczęście nie znam hiszpańskiego, dzięki czemu w miarę szybko się wykręciłem, ale gazetkę po hiszpańsku i tak mi wcisnął i powiedział, żebym ją gdzieś odłożył. Zrobiłem jak powiedział i odłożyłem do najbliższego śmietnika.
Ostatni wieczór w Santiago okazał się mieszany. Z jednej strony pojawiły się pewne problemy, które niestety popsuły mi humor, ale nie są związane z dalszą podróżą, a z drugiej koleś zawiadujący hostem zrobił z kolegą cała wielką miskę jakiegoś tradycyjnego napoju chilijsko-peruwiańskiego, każdy mógł brać ile chciał, siedzieliśmy i gadaliśmy, a na koniec większość hostelu poszła razem na browara do baru. Ja zostałem, żeby napisać ten wpis, bo nie wiem kiedy znów będę miał Internet, a poza tym chcę być jutro wypoczęty, bo czas uciekać z Santiago i lecieć na północ Chile – miałem być na pustyni Atacama, ale skapitulowałem ze względu na potencjalne temperatury i uciekam na samiutką północ, pod granicę z Peru, do miasta Arica. Mam nadzieję, że uda mi się dolecieć/dojechać w 24h:)

Heheh finally i got to read all your blog..hehe it is a hell of adveture..i hope when you come to Ecuador...i just don´t know what are you gonna think hehe this is a crazy land with crazy people..that is the only thing i will say..hehe by the way i am starting my journey this sunday!!Wish me luck! take care!!Hugs
OdpowiedzUsuńSharon:D