środa, 25 lutego 2009

Zagubiony, spalony i sam z tym wszystkim

Pobyt w okolicach granicy Chile i Peru był etapem podróży, którego się najbardziej obawiałem, bo do ostatniego momentu nie wiedziałem ani gdzie będę spał, ani czym jeździł (po części nadal nie wiem). I niestety okazało się, że moje obawy są uzasadnione. W ostatnim momencie zrezygnowałem z pobytu na pustyni Atacama i z miasta Calama chciałem złapać autobus pod granicę z Chile, do miasta Arica. Lot na szczęście obył się bez żadnych przygód, a na lotnisku w Santiago można było zobaczyć dosyć ciekawą ekspozycję:



Ale niestety kłopoty zaczęły się po wylądowaniu. Po pierwsze z lotniska w Calamie nie odjeżdżały żadne autobusy, do miasta jest ok. 5 km, a przez pustynie nie chciałem iść, więc pozostało tylko jechać taksówką, która okazała się sporo droższa, niż było napisane w przewodniku. Jako, że miałem już kupiony bilet na autobus, poprosiłem taksówkarza, żeby mnie zawiózł na odpowiedni dworzec. No i zawiózł. Na miejscu zapytałem jeszcze kilka osób czy to właściwe miejsce (w tym, w biurze firmy, którą miałem jechać) i wszyscy twierdzili, że dobrze trafiłem. Zacząłem się jednak nieco denerwować kiedy zostało 5 min. do odjazdu, a autobusu ciągle nie było. 2 min. po planowanym odjeździe podszedł do mnie taksówkarz, który zauważył, że się nieco denerwuję i spytał na jaki autobus czekam. Wziął mój bilet do jakiegoś innego faceta i po chwili usłyszałem „no aqui” („nie tutaj” – dla tych, którzy jeszcze mniej hiszpański znają, niż ja;). Ugięły mi się nogi, bo nie wiedziałem kiedy jest następny autobus, skąd, a nie miałem też gdzie spać. Na szczęście jakiś pan gdzieś zadzwonił, pogadał i po chwili padło „tienes tempo” („masz czas”). No więc znów w taksówkę i na właściwy dworzec! Udało się! Autobus był opóźniony i musiałem jeszcze czekać na niego ok. 5 min., ale było blisko do zostania na lodzie na środku pustyni;) Miałem 4h między samolotem a autobusem, więc chyba dałbym radę w tym czasie się przyczołgać , ale dzięki taksówkom wydałem połowę tego, co na autobus na trasę prawie 750km! Cóż, głupi turysta… Tylko żeby to był koniec kłopotów. Kiedy zastukałem do drzwi hostelu okazało się, że nie ma mojej rezerwacji, a miejsc niestety wolnych też brak! Nienawidzę północnego Chile! Na szczęście po chwili gdzieś się jednak ta rezerwacja odnalazła i dostałem pokój, w którym powierzchnia na 1 gościa jest niczym w hotelu pięciogwiazdkowym.



Sama Arica to wyglądające na małe (ma 120 tys. mieszkańców) miasteczko, które raczej jest obskurne i tylko deptak jest ładnie urządzony.



Zadziwiło mnie po co ludzie tutaj żyją?! Wokół nie ma nic. Absolutnie nic oprócz pustyni i oceanu! W podobnym miejscu byłem tylko raz – w Dolinie Śmierci w USA, gdzie nie było już zupełnie nic. Ale też nikt nie mieszkał. Nie mam pojęcia skąd tutaj czerpie się wodę, chyba z odsalania. Idąc z terminala autobusowego do hostelu natknąłem się na (powiedzmy) rzekę, a potem ze wzgórza zobaczyłem otoczenie miasta, czyli pustynię.









Na owym wzgórzu okazało się, że mieszkańcy Ameryki Południowej mają chyba tradycję stawiania pomników Jezusa i Marii (jak w Rio i Santiago), bo ponownie ujrzałem Jezusa, tym razem z ramionami rozpostartymi nie na Atlantyk, a na Ocean Spokojny.



Na tymże oceanie widziałem też największe jak do tej pory w życiu fale, w które wpatrywałem się chyba z 1,5h.



Niestety miałem odkryte ramiona, a przez bryzę nie czuło się gorąca, więc ręce mam wprawdzie ładnie opalone, ale opalenizna boli jak nie wiem co:( Chciałem też pochodzić po wodzie i wszystko było dobrze, dopóki nie zszedłem na część plaży gdzie nie było wody i nie wyschły mi nogi. Piasek był tak gorący, że poparzyłem sobie stopy! Zacząłem skakać jak opętany i biec do wody, ale nie dało się, bo tak parzyło. Był więc scenariusz: bieg, chwila stania na butach (nie miałem jak założyć, bo całe stopy w piachu były), znowu bieg, buty, bieg, buty, bieg i w końcu woda. Niestety bolało i piekło jak diabli i dopiero po ok. 20 min. w wodzie nieco ulżyło.
Poszedłem dalej zwiedzać miasto i natknąłem się na coś, co mnie bardzo ucieszyło, gdyż jest dosyć rzadko spotykane w Ameryce Południowej.



Myślałem też o tym, żeby do Peru przedostać się właśnie pociągiem, ale niestety okazało się, że stacja końcowa jest dość daleko od autobusu, który jak najszybciej muszę złapać. Nie chce ryzykować kolejnych „przygód”, wiec uznałem że granicę przekroczę tzw. „collectivo”, czyli taksówka która nie rusza, aż nie zbierze się komplet. Jest tylko nieco drożej od pociągu, ale za to taksiarz załatwia wszystko na granicy i podwozi pod sam terminal autobusowy.



Wieczorkiem poszedłem jeszcze dokończyć zwiedzanie i natknąłem się na inna plaże, która niestety nie była już tak czysta, jak pierwsza, ale za to był z niej dobry widok na „umieralnię statków”, które stoją w porcie i już raczej do niczego nie są zdatne.



Zobaczyłem też jak wycieczkowiec o zachodzie słońca wypływa w rejs. Ja rozpoczynam swoją dalszą podróż o świcie i mam nadzieję, że obędzie się bez przygód podobnych do tych ostatnich…



A na koniec pobytu, pisząc ten wpis, spotkałem w hostelu amerykańską parę, którą poznałem w Santiago, gdzie spaliśmy w jednym pokoju i to oni opowiadali, że umawiali się z kimś za kilka miesięcy w zupełnie innym miejscu. Jaki ten świat mały...

poniedziałek, 23 lutego 2009

Przemyślenia w Santiago de Chile

Po tym, jak dowiedziałem się w Buenos Aires, że Evita pomagała hitlerowcom ukrywać się w Argentynie nie mogłem się opędzić od widoku powszechnie spacerujących po mieście nazistów, albo ich potomków. W prawdzie ciągle nie spotkałem żadnego Niemca, ale miałem wrażenie, że jest ich mnóstwo. I jeszcze w autobusie usiadła obok mnie taka starsza pani, który wyglądała dokładnie jak niemiecka babcia-turystka. Tak się na nią gapiłem, że aż mi się głupio w pewnym momencie zrobiło…

Niestety droga była dość długa, więc i się długo na nią patrzyłem. Niestety odprawa na granicy też była długa:( Wszystko zajęło nam chyba ze 2h, a przy okazji nie odbyło się bez przygód. Po pierwsze wypełniłem jakieś papiery, choć nie wiedziałem po co, a kiedy zaczęli prześwietlać bagaże zobaczyłem znaczek z przekreśloną żywnością, więc chciałem wywalić 2 jabłka, które miałem w plecaku. Pan celnik zobaczył, że je wyciągam, podszedł do mnie, (chyba) wytłumaczył, że nie można przewozić żywności, wyszukał moją karteczkę w stercie innych, coś tam poprawił i jakoś się udało przebrnąć przez kontrolę. A jabłka zabrał:( Poczułem się średnio, bo byliśmy w górach, nie miałem pieniędzy chilijskich, napój mi się kończył i na dodatek zabrali mi jabłka – ostatnią żywność, jaką miałem!

Ale przyznać trzeba, że przejście graniczne jest ślicznie położone – w samym środku Andów. Było nieco chłodno, ale bez przesady – jak dla Polaka w sam raz po 38-stopniowych upałach:) Niestety musieliśmy się jakoś do podnóża gór dostać, co okazało się dosyć przerażające. Chyba przez godzinę jechaliśmy serpentynami drogi, które nie były niczym zabezpieczone – gdybyśmy spadli, kulkowalibyśmy się chyba w busie ze 2km do dołu. Na szczęście pan kierowca nie był wariatem i też chciał przeżyć, więc jechał bardzo powoli i ostrożnie. Jak później przeczytałem w Santiago, jechałem jedną z najbardziej niebezpiecznych dróg na świecie! Uf, przeżyłem:)









Po dotarciu do Santiago dosyć opornie szło mi odnalezienie hostelu, ale się w końcu udało! Chciałem jeszcze kupić sobie bilety na podróż do Peru, ale okazało się, że dworzec, na który poszedłem, to dworzec kolejowy, więc nici z biletów na autobus. Resztę dnia postanowiłem spędzić w hostelu. I jak do tej pory, jest to najlepszy hostel, w jakim byłem! Ludzie są rewelacyjni i czuję się wśród nich jak w nowej, tymczasowej rodzinie. Mnóstwo ze sobą gadamy, przesiadujemy wieczorami…
Pierwszego wieczoru zaczęliśmy rozmawiać o podróżowaniu. Ja myślałem, że moja podróż jest długa i szalona, ale im więcej ludzi poznaje, tym coraz mniejszy się czuję. Spotykam ludzi, którzy jeżdżą po 3, 6, 12, a nawet 18 miesięcy! Niektórzy tylko po Ameryce Południowej, inni po całym świecie. Jedni w parach, pozostali samotnie. Niesamowite! To jest jednak coś innego, niż szkoła, stała praca (niektórzy jeżdżą, pracują i jadą dalej i tak przez 3-4 lata). Słyszałem historię, jak się ludzie poznali, umawiali za 2-3 miesiące w innym kraju i się znów spotykali… Nie wiesz, co będzie następnego dnia, poznajesz nowych ludzi i spędzasz z nimi super czas gadając lub zwiedzając, chociaż nie zawsze wiesz jak mają na imię. Ale to nic, bo problemy rozwiązujesz na bieżąco, a imiona są często ciężkie do zapamiętania, wiec nie przywiązujesz do tego znaczenia, bo liczy się czas spędzony z osobą, a nie skąd jest, czy jak się nazywa. Jak powiedział Piotrek, z którym miałem studiować w Sao Paulo: „można przeżyć albo 52 tygodnie w roku, albo 52 razy ten sam tydzień”. Chyba wolę to pierwsze, dzięki podróżowaniu. Tylko najpierw trzeba 52 razy przeżyć ten sam tydzień, żeby zarobić na podróżowanie:(



W ogóle wzięło mi się w Santiago na przemyślenia i mini-kontemplację (w końcu Santiago znaczy Święty Jakub;) Pierwszej nocy miałem sen, który w dziwny sposób wyjaśnił mi kilka rzeczy, których do tej pory nie rozumiałem, a następnego dnia chodziłem i zwiedzając dużo myślałem o świecie, o życiu i innych bzdetach;) I akurat się zdarzyło, że trafiłem najpierw do katedry, a potem na wzgórze, na którym nie ma wprawdzie Jezusa, jak w Rio, ale jest całkiem pokaźna Maria, a w okolicy słychać przyjemną muzykę kontemplacyjną.







Po tych wszystkich rozmyślaniach i kolejnych rozmowach z ludźmi poznanymi na wzgórzu od razu postanowiłem poszerzać horyzonty i zacząłem to robić w sposób bardzo dosłowny:





Byłem już troszkę w tyle z czasem, wiec postanowiłem przyspieszyć kroku i złapać równy, szybki rytm, ale i tak nie mogłem w synchronizacji ruchów przebić chilijskiej armii, która nie wiadomo dlaczego szła przez środek miasta i grała marsze. A okazji chyba specjalnej nie było, bo miasto, sklepy, banki, itp. Normalnie funkcjonowały.





Bardzo bałem się Chile, nie wiem czemu, ale na miejscu dowiedziałem się, że jest to najlepiej rozwinięty kraj Ameryki Południowej, z gospodarką najbardziej swobodną ze wszystkich tutejszych. I widać to w mieście, które jest bardzo zadbane, czyste, z dobrą komunikacją, bez bezdomnych… Jedyne co razi, to masa bezpańskich psów, które są wszędzie, ale są niegroźne, bo tylko leżą na chodnikach i śpią, jakby nieżywe były. Ciekawe czy je ktoś dokarmia, że nie biegają za ludźmi, albo nie stoją pod budkami z jedzeniem… Centrum jest niestety dosyć małe i nie tworzy klimatu podobnego do Buenos Aires, ale kilka ładnych budynków da się znaleźć;)







Na koniec oglądania centrum trafiłem do dawnego klasztoru, który był też swego czasu twierdzą (ale tutejszą Częstochową nie jest), a poza tym jest bardzo ładny:







A na sam koniec poszedłem obejrzeć jakiś dwór, ale trafiłem… pod kościół, który okazał się dużo bardziej ciekawy. Niestety przyczepił się do mnie bezdomny (dzielnica ta nie była już tak zadbana jak centrum), który chciał mi pozować do zdjęcia i chciał za to pieniędzy! Masakra! Zresztą tutaj strasznie dużo ludzi mnie pytało o jakieś datki – na szczęście wiedziałem w wielu przypadkach na co, bo mówili po angielsku! Wracając jednak do zdjęcia przy kościele, pan który miał mi je zrobić, cierpliwie czekał, aż pijany bezdomny sobie pójdzie. Po chwili się okazało czemu był taki cierpliwy – był adwentystą dnia siódmego i chciał ze mną porozmawiać w zamian! Na szczęście nie znam hiszpańskiego, dzięki czemu w miarę szybko się wykręciłem, ale gazetkę po hiszpańsku i tak mi wcisnął i powiedział, żebym ją gdzieś odłożył. Zrobiłem jak powiedział i odłożyłem do najbliższego śmietnika.



Ostatni wieczór w Santiago okazał się mieszany. Z jednej strony pojawiły się pewne problemy, które niestety popsuły mi humor, ale nie są związane z dalszą podróżą, a z drugiej koleś zawiadujący hostem zrobił z kolegą cała wielką miskę jakiegoś tradycyjnego napoju chilijsko-peruwiańskiego, każdy mógł brać ile chciał, siedzieliśmy i gadaliśmy, a na koniec większość hostelu poszła razem na browara do baru. Ja zostałem, żeby napisać ten wpis, bo nie wiem kiedy znów będę miał Internet, a poza tym chcę być jutro wypoczęty, bo czas uciekać z Santiago i lecieć na północ Chile – miałem być na pustyni Atacama, ale skapitulowałem ze względu na potencjalne temperatury i uciekam na samiutką północ, pod granicę z Peru, do miasta Arica. Mam nadzieję, że uda mi się dolecieć/dojechać w 24h:)

piątek, 20 lutego 2009

Boskie Buenos

Może nie uwierzycie, ale jadąc z Wodospadów Iguacu do Buenos Aires byłem w Eldorado! Niestety już chyba całe złoto zostało rozkradzione i został tylko piach i kilka drewniano-ceglanych budynków:( Chciałem wyskakiwać z busa i jednak poszukać złota, ale ostatecznie zdecydowałem się kontynuować podróż, która umilona została konwersacją z panią, która siedziała na fotelu obok. Przy moim wielkim wysiłku umysłowym, żeby przypomnieć sobie wszystkie słowa hiszpańskie jakie znam i wymyślić jak można rękami pokazać ile się da, oraz przy jej ogromnej chęci zrozumienia, udało nam się jako-tako dogadywać;)

Buenos Aires jest jednym z tych miast po drodze, w których mam kogoś, kto może mi pomóc, oprowadzić – po prostu zaopiekować się mną. Moim przewodnikiem został Gustavo, który studiował w Warszawie na wymianie i o ile mi wiadomo, był pierwszym Argentyńczykiem na SGH (ja przynajmniej o innych nie słyszałem).



Na początek pojechaliśmy do dość odległej dzielnicy dawnych imigrantów, La Bocha. Całkiem sympatycznie wygląda ta okolica – wszystko kolorowo pomalowane, ludzie zagadują (nie wiem tylko o co). Ale to podobno tylko pozory, bo najbezpieczniej tam nie jest. Po doświadczeniach Rio czułem się tam jednak i tak dość bezpiecznie. W pewnym momencie zahaczyliśmy o stadion drużyny Bocha Juniors, której Gustavo nie znosi do tego stopnia, że nie chciał wejść do sklepu z ich gadżetami – jutro ma mnie zabrać na stadion swojej drużyny;) Kupiłem tam też kubeczek z metalową słomką o nazwie Mate (chyba), bo widziałem mnóstwo ludzi z tym biegających i w Puerto Iguacu i w Buenos, więc uznałem, że spróbuje…





Wieczorkiem poszedłem sobie pod pałac prezydencki, z balkonu którego przemawiała bardzo często Eva Peron (Evita). Dopiero na miejscu dowiedziałem się kim była – bardzo popularną żoną bardzo popularnego prezydenta (w gruncie rzeczy to ona miała największy wpływ na państwo). Klasy niższe i średnie ja uwielbiały, bo bardzo o nie dbała, ale miała też ciemną stronę – ukrywała nazistów, którzy uciekali do Argentyny po wojnie. Chyba nieźle wtopili się w tłum, bo ciągle nie mogę żadnego Niemca spotkać – ja do tej pory tylko 3 osobników widziałem. Dziwię się, bo niemieccy turyści są przecież wszędzie! Póki co, widziałem więcej Polaków! A wracając do Evity, to się okazało, że jej duch ciągle jest w mieście, bo wszędzie są jej zdjęcia, pocztówki i spektakle w teatrach.





W ogóle w mieście jest świetny klimat! Jest bardzo czysto, ładnie, ze sklepów pobrzmiewają przeróżne wersje tango… Naprawdę jest tu fajnie. Choć nie ma wielu atrakcji turystycznych, to całe miasto tworzy bardzo pozytywne wrażenie. Jedyne czym się zawiodłem to „kopia londyńskiego Big Bena” (tak było napisane w przewodniku), która Big Bena ani trochę nie przypomina – chyba nie kupię przewodnika Pascala po Londynie, bo aż się boję sprawdzać co w nim znajdę;)



To, co mi się podoba w Argentynie, to duma, której chyba nie brakuje Argentyńczykom. Wszędzie wiszą flagi, a kolory wszystkiego, co się da pomalować to niebiesko-biało-niebieskie. Argentyńczycy mają też chyba manię wielkości. Nie dość, że powierzchnia kraju jest 8 razy większa od Polski, to jeszcze mają największy na świecie teatr I najszerszą na świecie ulice, która jest naprawdę gigantyczna! (mieszkam 3 min od niej:) Staruszki nawet nie próbują przez nią przechodzić, bo ma podobno 200m szerokości. Nie wiem, czy na serio tyle ma, ale jest GIGANTYCZNA. Jest na niej 20 pasów dla samochodów, do tego chodniki i podłużne parki oddzielające jezdnie (schemat poniżej).







A przy jednej z odchodzących od Avenida 9 de Julio uliczek znalazłem maluteńki samochodzik policyjny bardzo znajomej firmy. Nie szukałem napisu „made In Poland”, ale coś mi się zdaje, że to autko było kiedyś w Mielcu:D



Nie był to jedyny moment, kiedy poczułem trochę Polski – inną okazją była wizyta na placu pod tutejszym parlamentem, gdzie poczułem się nieco, jak na rynku w Krakowie:)





Jutro niestety czas już opuszczać Argentynę, którą bardzo polubiłem i ruszać do Chile, wymawianego przez Angoli jak chili. Boję się trochę tego etapu podróży, bo nie do końca wiem jak będę jeździł, gdzie spał, itd. Wiem tylko, że nie pojadę na pustynię Atacama, którą miałem w planach. Uznałem, że po kolejnych upałach znacznie przekraczających 30 stopni nie potrzeba mi jechać na pustynię;)
A na koniec jeszcze parę fotek z Boskiego Buenos, które jest autentycznie boskie i które bardzo polubiłem (katedra wyglądająca jak bank lub muzeum, nowoczesne apartamentowce dla bogatych w dawnych dokach i… nie wiem co, ale ładne;)





wtorek, 17 lutego 2009

Wodospady Iguacu

O dzisiejszym dniu nie ma sensu sie rozpisywac. To bylo jak z Indiany Johns'a. Po prostu patrzcie i zazdrosccie :p